Dziennikarstwo internetowe. Czy news = paper?
 Oceń wpis
   

Czy istnieje dziennikarstwo internetowe? Takie pytanie stawia na swoim blogu nie-dziennikarz Dominik Kaznowski. W odpowiedzi otrzymuje długie, zupełnie nie internetowe odpowiedzi od przedstawicieli gatunku. Dziennikarze internetowi...

Lepiej żeby nie istniało

Można więc pomyśleć: jeśli dziennikarstwo to sztuka dobrego pisania, to w Polsce ono nie istnieje. Jeśli mimo wszystko bezwstydnie istnieje, to lepiej, żeby przestało. Ze względu na samopoczucie czytelników.

Sprawa nie jest jednak taka prosta. Przede wszystkim, Kaznowski popełnia na samym początku swojego wpisu błędne założenie. Pisze Dominik:

"Większość materiałów pojawiających się w necie, to przeklejki informacji prasowych, agencyjnych itp. Tu i tam pojawiają się inne formy – np. wywiady, publicystyki niemal nie ma – tą rolę przejęły blogi. Od czasu do czasu ktoś zrobi jakiś materiał wideo."

Co naprawdę jest w Internecie?

Niestety nie podaje na poparcie swojej tezy żadnych dowodów. Tymczasem można postawić dolary przeciw orzechom, że informacje prasowe stanowią ułamek treści dostępnych online. Internet to nie jest serwis gazeta.pl. Internet to spam i porno. To także długi ogon pełen wpisów zwykłych ludzi, firm, instytucji naukowych, rządowych i pozarządowych - społeczności. Media informacyjne to margines producentów treści.

Także dla odbiorców Internet to handel, seks i rozrywka często razem. Szukamy w sieci zakupów, rozrywki, społeczności a dopiero na końcu informacji. Pierwsza firma medialna w TOP 100 Global Websites to BBC, której News Ticker jest na 46. miejscu. CNN jest 54.

Bloger ma jedną nóżkę bardziej

Na dodatek z dziwną dezynwolturą Dominik wypisuje z dziennikarstwa internetowego jego sól, czyli blogerów. Właściwie nie wiadomo dlaczego, skoro wielu blogerów pisze za pieniądze (od redakcji albo z reklam zdobytych na własny rachunek). Jedyne co różni ich od dziennikarzy pracujących w redakcjach zapełniających inne niż internet media, to sytuacja prawna (patrz zabawna sprawa Kataryny). Ta jednak różni także dziennikarzy gazet, w zależności od terytorium na którym pracują.

Czym więc różni się samotny bloger od twórcy jednej z małych amerykańskich gazet opisywanych przez Marka Twaina? Czym różni się bloger syndykatu, lub redaktor portalu od dziennikarza w radiu, dzienniku lub agencji prasowej?

Kto ma lepszy warsztat?

Cęsto słyszy się, że różni ich dostęp do narzędzi, zasobów finansowych, czasem warsztat. Ale takie same różnice są między dziennikarzami różnych gazet czy różnych telewizji.

Tak naprawdę wszystko to zależy od dwóch osób - właściciela (wydawcy), oraz redaktora naczelnego. Która z polskich papierowych gazet ma swój "style guide" albo chociaż glosariusz? Gazeta Wyborcza nie miała, kiedy o to pytałem. Tymczasem wiele redakcji internetowych (w tym nasz Softonic) stosuje te narzędzia i standaryzuje swoją pracę, co daje im jakość nieporównywalną z większością polskich mediów tradycyjnych. Ciosem poniżej pasa będzie pytanie: czy Superstacja TV albo Gazeta Polska mogą równać się warsztatem z elektroniczną wersją Guardiana?

Co naprawdę różni dziennikarzy nowych mediów od uboższych w środki wyrazy kolegów, to wszechstronne przygotowanie. Oprócz standardowych form dziennikarskich i tworzenia treści multimedialnych (co przekracza możliwości większości starych wyjadaczy), dziennikarz internetowy musi komunikować się z czytelnikami.

Chłopcy do bicia

Skąd zatem biorą się pytania o istnienie i etos dziennikarstwa internetowego? Jest kilka powodów, dla których dziennikarz internetowy staje się chłopcem do bicia.

Po pierwsze, dziennikarze internetowi są samotni.

Money.pl pod władzą Tomka Bonka jest wyjątkiem, co zresztą nie zawsze doceniają edytorzy mający kontakt z innymi mediami. Dziennikarz potrzebuje redakcji, zwłaszcza jeśli o tym nie wie.

Tymczasem standardem w polskich portalach jest samodzielna publikacja tekstu w CMS. W rezultacie online ukazują się teksty z błędami stylistycznymi, interpunkcyjnymi, ortograficznymi. Tego się nie da uniknąć - tekst musi być uważnie przeczytany przez inną osobę, żeby je wychwycić. Nie da się zmusić autora do pełnej koncentracji przy lekturze własnego tekstu.

Po drugie, istnieje presja czasu.

Ktoś kiedyś powiedział, że data publikacji decyduje o miejscu w Google i wszyscy mu uwierzyli. To prawda jedynie w wypadku duplikowania treści. W wypadku dziennikarstwa bez syndromu Kopiuj i Wklej, o pozycji w wyszukiwarce decyduje kompozycja treści oraz odnośniki. Niestety redaktorzy zamiast czytać teksty dziennikarzy internetowych każą im wciskać przycisk "Wyślij" w ciągu kilku minut od otrzymania depeszy (wbitej przez depeszowca w równie szalonym tempie). W efekcie wszystkie portale mają ta samą depeszę w mniej więcej tym samym czasie. Za to z różnymi literówkami.

Po trzecie, Internet świetnie się mierzy.

Dziennikarze internetowi mają zyskiwać klikalność. Klikalność zyskuje się chwytliwym tematem, a właściwie tytułem. Stąd tytuły są niezwiązane z treścią tekstów, a teksty chwytają zwykle za dolną część ciała Maryni, interesującą dla najmniejszego wspólnego mianownika społeczeństwa. Na dodatek teksty muszą się mieścić w 500 słowach, które "zwykły użytkownik" jest w stanie przeczytać nie klikając w coś innego.

Dziennikarze są. A media?

Dziennikarze internetowi zwykle nie mają wpływu na powyższe przyczyny marnej jakości swojej pracy. O tym decydują ich wydawcy i redaktorzy. Problemem nie jest więc czy w Polsce istnieje dziennikarstwo internetowe. Trzeba spytać czy istnieją media internetowe.

W tej chwili mediami internetowymi w Polsce rządzą dwie stereotypowe postaci. To marketerzy liczący słupki statystyk oraz starzy dziennikarze przyzwyczajeni do poprawiania błędów na szczotkach drukarskich. Marketerzy traktują "interwebs" jako szansę, redakcyjne wygi jako zesłanie.

Oni nigdy nie pozwolą dobrze pracować dziennikarzom internetowym. Marketerzy nie potrafią ze swojej perspektywy dostrzec relacji osobistej między czytelnikiem a dziennikarzami, która stanowiła o sukcesie prasy i wielkich osobowości radia i telewizji. Starzy dziennikarze są zafascynowani prędkością publikacji i możliwością poprawek, a czytelników w Sieci mają za niższy gatunek, który nie kupuje gazet. Cud zdarzy się, kiedy ktoś wyjaśni starym redaktorom o co chodzi w tym nowym medium. Wtedy powstanie świetna treść, którą marketer będzie mógł drogo sprzedawać.

Widzieliście już Times Reader i Times Wire?

Komentarze (3)
W Internecie piszą lenie i lizusy. Zmieńmy to.
 Oceń wpis
   

Kiedy ostatnio narzekałem na niską jakość informacji dostarczanych przez blogerów i dziennikarzy mediów internetowych, nie sądziłem że będę prorokiem.

Totalna kompromitacja dziennikarzy internetowych

Wkrótce po moim wpisie fałszywa wiadomość prasowa obiegła polską branżę internetowego marketingu. Na dodatek informacja o tym również została ukradziona przez dziennikarzy, którzy po zwróceniu uwagi przez czytelników i tak nie zdołali zlokalizować jej źródła.

Blogerzy wracają do formy?

Bardzo pozytywne zmiany zaszły na Antyweb - Grzegorzowi nie powiodło się stworzenie odpowiednika Blomedii (chyba na szczęście), za to znów mamy dobry blog newsowy. Po cichutku sobie myślę, że to także dzięki mojemu marudzeniu Antyweb wraca do korzeni.

Dlatego zamiast kolejny załamywać ręce nad żałością naszego ogródka i wyśmiewać kolejnych nie-dziennikarzy czy nie-blogerów, zastanówmy się skąd oni się biorą. 

Dlaczego wszyscy piszą to samo?

Żeby się tego dowiedzieć, należy wcześniej spytać dlaczego w ogóle piszą.  Blogerzy zwykle piszą dla popularności.

Dziennikarze piszą dla pieniędzy (i popularności)

Większość pracowników mediów internetowych to młodzi ludzie, którzy próbują się utrzymać w jednym z wielkich miast. Aby uzyskać z wierszówki wypłaty wystarczające na życie, przy stawkach oferowanych w większości polskich serwisów trzeba strzelać newsami jak użytkownicy blipa.
Na dodatek dziennikarze internetowi zwykle na głowie kilka (całkiem różnych) serwisów i dodatkowe zajęcia w redakcji. Dlatego produkują wiadomości o jakości blipnięć czy tweetów. Najchętniej pisali by je zresztą o tej samej długości, ale redakcje rzadko akceptują tekst na 160 znaków.

Nie może dziwić, że każdy press release, nawet idiotyczny, jest traktowany jak cenny skarb. Każda depesza jest przepisywana ASAP, bez sprawdzenia, byle tylko być pierwszym. Za cytowania są czasem premie. Poza tym autorzy rzadko się podpisują, na prestiż nie liczą, więc nie ma najmniejszego powodu, żeby dbać o rzetelność informacji.

Blogerzy piszą dla popularności (i pieniędzy).

Mamy szczęście. Podobny problem jest w Ameryce,  co dziś świetnie analizował Peter Kim, który w dużej mierze zainspirował mnie do tego wpisu.

Żeby być popularnym w polskiej blogosferze, trzeba mieć linki od "znanych blogerów" (różnych w zależności od tematu) oraz pojawiać się na "Wykopie", a jak ktoś może to też na portalu (to dotyczy głównie bloxowiczów).

Aby osiągnąć te dwa kluczowe cele (link u ważniaka + wykop), trzeba być pierwszą osobą, która opracuje informację interesującą dla znanych blogerów. To banalnie proste - patrzysz co np. taki bloger linkuje z zachodnich serwisów, czytasz RSS i przepisujesz zanim top-blogger zdąży pomyśleć nad tematem. Wrzucasz na wykop, blipujesz, że napisałeś i gotowe. Za którymś razem będziesz mieć swoje 5 minut sławy.

Oczywiście można próbować pisać oryginalnie, kontrowersyjnie, wytrwale, ale nie ma to sensu. Jeśli mieszka się w dużym mieście, można się lansować na przeróżnych Barcampach. Jednak klucz do sukcesu bloga jest w linkach i Wykopie.

Niestety rodzi to jeszcze jeden problem. Oprócz pisania o tym samym co "top-blogger", walcząc o popularność lepiej nie podpadać. Obrażony mógłby odmawiać linkowania. W rezultacie blogosfera staje się miejscem gdzie wszyscy piszą to samo i tak samo. Peter Kim określa to zjawisko jako "echo chamber".

Efekty, czyli Żal.pl

Zarówno media internetowe, jak i blogosfera są nudną, pełną błędów i przekłamań papką. Informacji jest niewiele, wszystko się powtarza. Jeśli ktoś znajdzie ciekawy temat, to wszyscy "grzeją" go do nudności. Nikt nie ma czasu ani ochoty na własne zdanie. Jesteśmy leniwi, jesteśmy dla siebie mili, dokoła słychać echo, a czytelnicy odchodzą. Wieje nudą.

Peter Kim daje obrazowe przykłady. Zobacz jak wygląda 50 godzin na Techmeme wcisnięte w 50 sekund - jak bardzo się wszyscy powtarzają. Spójrz na swarm Digga, kiedy Ameryka nie śpi.

Z tego można się wyrwać.

Kiedy wszyscy robią echo, każdy kto stworzy dysonans, wyróżni się.

  • Można to osiągnąć wywołując dyskusję z blogowym/medialnym establishmentem.
  • Można pisać na swój własny sposób (spójrzcie na Setha Godina!).
  • Trzeba myśleć nie o wykopie, nie o innych blogerach, nie o wierszówce.

Myśleć o czytelnikach. Wtedy będzie dobrze. Nie chcę być niczyim echem, a Wy?

Komentarze (12)
Blogi to też papka, tylko gorsza.
 Oceń wpis
   

Dominik Kaznowski zachęca do prowadzenia i czytania blogów. Bartek Ciszewski na Managerii (a nawet na jedynce Gazety) przekonuje o wyższości mediów internetowych nad tradycyjnymi. Jeszcze niedawno przyklasnąłbym tym wypowiedziom. Niestety, wygląda na to, że blogosferę to już udało nam się zepsuć.

Dlaczego blogi miały być "lepsze" od tradycyjnych mediów?

Blogi teoretycznie reagowały szybciej, były niezależne i różnorodne oraz międzynarodowe. Na dodatek ich autorski charakter gwarantował rzetelność, o której pamiętają już tylko nieliczni zawodowi dziennikarze.

Tymczasem tradycyjne dziennikarstwo przeżywa kryzys. Nowi adepci sztuki nie mają techniki ani etosu, zapatrzeni są w nie-dziennikarzy z teletabloidów. Wydawcy oszczędzają na wierszówkach, liczy się więc praca na akord. Na dodatek te media, które starają się zachować poziom dołują - vide kurs akcji Agory czy upadek NYT.

Rzeczywiście, w porównaniu z Faktem, SuperExpressem, Superstacją, czy nie daj boże skundlonym bratem blogów - Pudelkiem, blogerzy jawili się jako źródło rzetelnej informacji opatrzonej wnikliwym komentarzem. Komentarz oraz dobór informacji to cechy, które decydują o charakterze każdego medium. Blogi (przynajmniej niektóre) w tej konkurencji wydawały się mieć przewagę nad większością innych mediów w Polsce.

Dostrzegam upadek

Kiedy jednak patrzę na tą część blogosfery, która interesuje mnie jako czytelnika, dostrzegam upadek. Polskie blogi poświęcone wydarzeniom związanym z IT umierają. Ogromna większość z nich to powtórzenia informacji wcześniej (lub jednocześnie) dostarczanych przez zwykłe media. Co gorsza coraz częściej zdarza się, że w blogu czytam to samo co w notce prasowej od agencji PR. Bez dodatkowych informacji, bez interesującego komentarza, bez chwili zastanowienia.

Trzy tematy z ostatnich dni:

- Burger King i akcja kanapka za 10 przyjaciół - Agencja Solski Burton-Marsteller zrobiła świetną robotę. Nawet Tomasz Topa się zalapał. Ani dziennikarze ani blogerzy nie spytali PRowców o plany polskiej wersji kampanii.  Wszyscy publikowali po prostu wyjątki z informacji prasowej = polskiej lub oryginalnej. [Spytałem - Naszej-klasie Whooper na razie nie grozi, nie ma planów powtórzenia kampanii w Polsce]

- Google i CO2. Wszyscy radośnie powtórzyli kaczkę dziennikarską Timesa, zarówno dziennikarze jak i blogerzy. A potem już mniej licznie ją zdementowali. [2 wyszukania w Google nie są równe zagotowaniu szklanki wody]

- The Crunchies. Tu przyznaję, blogerzy wypadli lepiej niż dziennikarze. Przetłumaczyli informację, która umknęła większości działów technologii w zwykłych mediach. Co z tego, skoro Antyweb tłumaczy "Best Clean Tech Startup"- jako "Najlepszy stricte techniczny startup"? OK, można mieć problemy z obcym językiem, ale w komentarzach zadziałał crowdsourcing. Czytelnicy pomogli poprawić tłumaczenie. I co?  Dalej wisi jak było. "Frostbite" pisał już kolejną notkę. Z tezą że skoro "Chcesz dotrzeć do internatów, pojaw się na YouTube.".

Tak jest już od jakiegoś czasu. Brak przemyśleń, szybkie przeklejanie, tłumaczenie po łebkach, na akord za to z błędami merytorycznymi.  Niczym "depeszowcy" w newsroomach dużych mediów, ale bez kontroli redakcji. Gdzie ta przewaga?

Oczywiście, są wyjątki

Och oczywiście, są wyjątki. Ciągle jest Socin, Dominik, Yashke, Mediafun, Vagla (te dwa ostatnie to już chyba nie blogi a profesjonalne serwisy) czy Kultura 2.0. Jeszcze trochę innych blogerów, których zagubiłem w czeluściach Readera warto czytać.

Ale zamilkł Webstop (ostatni news to też PR niestety), nie ma już Netto. Właściwie to od czytania blogów wolę teraz Kartonki, XKCD i Reutersa a raz na tydzień Politykę i the Economist. Przynajmniej unikam błędów językowych.

Kilka podejrzeń

Jakie są przyczyny tego upadku jakości? Mam kilka podejrzeń.

Być może to przez marketerów, którzy zachęcają blogerów do gonienia za "ruchem", czy szeptanego marketingu?  Sami ich zapraszaliśmy do kupczenia blogami i teraz jest efekt. Już nikt się nie oburza za ewidentnie sponsorowane wpisy na blogach takie jak konkursy z rozdawaniem gier komputerowych. Tymczasem jeszcze rok temu pałałem oburzeniem bo Irena napisała o telefonie, który jej wcisnęla jakaś agencja.

Być może to nadchodzący kryzys, który zmusił autorów do rozglądania się za bardziej intratnymi zajęciami? Na wnet mozna znaleźć wpis o tym, że blogowanie się nie opłaca. Więc nic dziwnego, że nie blogujecie. Zwłaszcza, że niektórych blogerów wchłonęły, przynajmniej na razie, bardziej tradycyjne media.

Być może blogosfera już nie jest "trendy". Całkiem możliwe, że to była sezonowa moda, która na naszych oczach przemija.

Na koniec prośba

Jeśli znacie jakieś polskie "blogi o internecie", w których znajdę unikalne informacje i komentarze, to zostawcie komentarz z linkiem, albo napiszcie maila, ale nie na ankieta@gazeta.pl, tylko do mnie, na pocztę google.

Komentarze (15)
Telefon przynosi wolność.
 Oceń wpis
   
Kiedy Jim Sciutto z ABC pojawił się na terytorium Birmy (Myanmar), władze zareagowały błyskawicznie. Widzowie ABC nie powinni oglądać metod jakimi wojskowa junta rozprawia się z protestem Sojuszu Wszystkich Mnichów Birmy. Reporterowi zarekwirowano kamerę. Generałowie byli zadowoleni.
Jednak czasy zmieniły się od ostatniego buntu. Teraz wielu z nas, w tym Sciutto posiada w kieszeni urządzenie będące aparatem, kamerą, radiostacją i modemem internetowym. Telefon komórkowy.
Junta pomyślała o tym, żeby zablokować obywatelom dostęp do Internetu, jednak Jim Sciutto przy pomocy telefonu komórkowego mógł nagrać i przekazać swoją relację.

Także w Polsce wiadomości z Birmy dotarły najpierw przez komórkę. Alert24 - czyli agorowa wersja dziennikarstwa obywatelskiego miał zdjęcia i relacje z Birmy szybciej niż sama gazeta.

Całkiem niedawno, w środkowej Europie właściciel prywatnej telewizji pod wpływem nacisków partii rządzącej (PiS) zdecydował się na odsunięcie na czas kampanii wyborczej znanego dziennikarza nieprzychylnego władzy. Tomasz Lis miał zamilknąć. Jednak już tydzień po jego odejściu z telewizji w Internecie pojawił się jego nowy program. Pierwszego dnia obejrzało go 80 tysięcy osób. To nie są 3 miliony jak w rekordowym odcinku (o seksaferze w Samoobronie) w telewizji.
Jednak program w internecie jest dla władzy znacznie gorszy niż telewizyjny, bo niezniszczalny i możliwy do odtworzenia jeszcze długo po wyborach. Ten program w Internecie będzie się ciągnął za cenzorami do końca ich kariery politycznej. A do internetu zagląda coraz więcej Polaków.

Te wydarzenia w Rangunie (Yangoon) i w Warszawie sa bardzo ważne. Oznaczają, że tam, gdzie dotarła telefonia komórkowa lub internet niezwykle trudno jest zatrzymać przepływ informacji.
Nie wystarczy już zakazać pracy dziennikarzom czy wjazdu oberwatorom z międzynarodowych organizacji takich jak OBWE. Teraz wszyscy jesteśmy dziennikarzami i obserwatorami. Wszyscy mamy mozliwość wysłania swojej informacji w świat. I mamy też świadomość, że żadni generałowie ani dyktatorzy nie zaaresztują za szpiegostwo wszystkich posiadaczy telefonów komórkowych, jak mogli to zrobić z nielicznymi kontaktami wolnego świata jeszcze w latach 80tych XX wieku.

Informacja przynosi wolność.
A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?
Komentarze (1)
Ankieta
Co stanie się z telewizorami?
Zostaną wyparte przez komputery PC
Przejmą funkcje komputerów PC
Razem z PC znikną z rynku
Będą się rozwijać niezależnie od komputerów
Nie mam zdania na ten temat
Mam inne zdanie (komentarz pod wpisem)
O mnie
Piotr Wrzosiński
Piotr Wrzosiński
Najnowsze wpisy
2011-10-03 10:41 W zeszłym tygodniu pod nowym adresem
2011-09-25 18:20 Minął kolejny tydzień
2011-09-19 11:07 Podsumowanie tygodnia
2011-09-12 13:37 Przedruk i przeprowadzka
2011-09-02 17:36 Wybierz swój e-book!
Najnowsze komentarze
2015-02-24 18:33
KamilDawid:
Minął kolejny tydzień
Mam nadzieje, że to nie będzie koniec bloga. Zapraszam
2014-10-08 04:36
Thank you:
Nie ukradliśmy tego HTC z Windows Mobile. Serio.
Thank you http://gamesfree4flash.blogspot.com/[...]
2014-10-08 04:34
Thank you:
Nie ukradliśmy tego HTC z Windows Mobile. Serio.
Thank you http://downloadgamesair.blogspot.com/[...]