7 powodów, aby nie zatrudniać specjalistów social media
 Oceń wpis
   

Czytając polski Internet trudno nie zauważyć wysypu rozmaitych “specjalistów” zajmujących się social media. Ba! powstają całe agencje i działy w agencjach. Są nawet tacy, co mają specjalny dział do kampanii na Facebooku. Jeśli nie chcesz narazić swojej marki na nienawiść Internautów, raczej ich nie zatrudniaj. Oszczędzisz nerwy i pieniądze.

Social media – czyli internetowe narzędzia pozwalające na komunikowanie się i interakcję z użytkownikami za pośrednictwem ich znajomych (sieci społecznych) są modne nie bez powodu. To naprawdę dobre narzędzie do promocji marki. Komunikat przekazany lub poparty autorytetem znajomego jest bardziej wiarygodny niż zwykła reklama. Nasze ciepłe uczucia do przyjaciół mogą opromienić reklamowaną markę. W social media mamy też możliwość dialogu z klientami. Możemy tworzyć z nimi pozytywne relacje, budować lojalność i zapewniać lepszą obsługę.

Zatrudnienie fachowców wydaje się być świetnym pomysłem. Wybiorą dla nas najlepsze sposoby dotarcia do grupy docelowej, zbudują atrakcyjny wizerunek marki, wykorzystają wszystkie zalety nowych narzędzi.

Niestety, świat nie jest idealny. Większość katastrof wizerunkowych w social media, zostało wywołanych nie przez wady produktów, źle wykonane usługi czy nieatrakcyjne marki. Katastrofy były spowodowane wynajęciem specjalistów. Często nawet kompetentnych, ale za to nieuczciwych.

Social media opiera się na interakcjach społecznych. Interakcje społeczne wymagają zaufania. Zaufanie buduje się uczciwością i szczerością. Wynajęty konsultant nie identyfikuje się z marką i jego przekaz nie jest szczery. Użytkownicy Internetu potrafią szybko zidentyfikować wynajętych aktorów, fałszywe “prawdziwe historie”, niezgodność budowanego wizerunku z rzeczywistością.

Co gorsza, spora część aktywnych na rynku specjalistów jest niekompetentna. Ich wiedza opiera się na pobieżnym przeglądaniu zagranicznych blogów. W wypadku zdobycia kontraktu testują swoją wiedzę na koszt Klientów. Zwykle bezmyślnie kopiując rozwiązania z innych rynków.

Kilka przykładów?

Jest na przykład dość znana, młoda i gniewna agencja, która zaleca koncentrowanie się na facebooku, ignorując naszą klasę. Nieważne gdzie są klienci, ważne co podnieca panów z agencji. Tej samej, która “eksperymentuje” powtarzając identyczne wpisy jako wypowiedzi dwóch różnych marek.

Jest też bardzo znany specjalista, skądinąd bardzo pracowicie budujący swoją własną markę, który dziwi się, że skasowano mu konto założone niezgodnie z regulaminem Facebooka. Oraz, że musiał czekać kilka godzin na odpowiedź na pytanie dlaczego zostało ono skasowane. Ten sam zresztą, który był przekonany, że blip ma skalę podobną do twittera i próbował zdobyć 3000 użytkowników obiecując losowanie iphone’a w maju 2009 roku (do dziś nikt tylu nie ma).

Jest też inna agencja, która wczoraj polecała narzędzie do określenia wpływów w social media, będące w rzeczywistości naciągactwem obśmianym w branżowych mediach jakiś miesiąc temu. Dziś zachwyca się ładną stroną producentów tej katastrofy. To ta agencja sprowokowała mnie do wpisu – dziękuję.

Te przykłady to nie najgorsi, nieznani, początkujący czy inne niezdary. To super modna śmietanka z branżowych magazynów. To do nich pewnie wysłałbyś brief.

Jest więc co najmniej siedem powodów, aby nie zatrudniać specjalistów social media:

1. Ty najlepiej znasz swoją markę
2. Ty najlepiej znasz swoich klientów
3. Ty najlepiej odpowiesz na pytania klientów
4. Ty najszybciej zareagujesz na prośbę o pomoc dotycząca twojego produktu/usługi
5. Ty będziesz sugerować się swoimi klientami, a nie wzmiankami na amerykańskich blogach
6. Ty będziesz szanować swój budżet i reputację
7. Nikt nie zarzuci Ci kłamstwa, co najwyżej niezręczność

Oczywiście, są w Polsce ludzie, którzy naprawdę mogą pomóc w budowie strategii social media. Niektórzy pracują nawet w agencjach reklamowych. Niektórzy są bardzo dobrzy w tym co robią. Problem w tym, ze nie jest łatwo odróżnić ich od tych mniej kompetentnych. Niezależnie od tego, czy i kogo zatrudnisz, prawdziwa interakcja z klientami leży po Twojej stronie. Dlatego zastanów się, zanim komuś powierzysz swoją reputację i pieniądze.
 

Komentarze (11)
Głosuj na siebie, nie na mniejsze zło. (wybory 2010)
 Oceń wpis
   

To nieprawda, że nie mamy wyboru. Nieprawda, że do wyboru są tylko dwaj, identyczni w poglądach kandydaci. Apele, aby “powstrzymać” jednego z panów K. głosem na drugiego z nich, to antydemokratyczna granda. Chciałbym, żebyśmy głosowali na innych kandydatów. Głosuję na trzeciego kandydata - Grzegorza Napieralskiego.

Apele zwolenników PO, aby w imię walki z Kaczyńskim głosować na Komorowskiego są antydemokratyczne. Tak samo jak wcześniejsze propozycje, aby “pominąć” fazę wyborów zgłaszane m.in. przez Katarzynę Kolendę-Zaleską. Wybory prezydenckie to nie plebiscyt, ani walka, karta wyborcza to nie epitafium dla ofiar lotniczej katastrofy.

Publicyści głównych mediów po początkowym szoku katastrofy smoleńskiej, teraz grają z nami w durnia. O ile jestem w stanie zrozumieć Kolendę-Zaleską, to już Adam Szostkiewicz piszący dziś o “zatrzymywaniu Kaczyńskiego” nie ma usprawiedliwienia. Nie mówiąc już o Agnieszce Kublik z jej niewiarygodna wręcz serią paszkwili na kandydata SLD. Niektórzy jak widać dziennikarską etykę zamienili na etaty propagandzistów. Nie dajcie się nabrać.

W pierwszej turze wyborów nie można głosować na “mniejsze zło”.

W pierwszej turze wszyscy kandydaci mają równe szanse. Sondaże to nie wybory, a wyniki publikowane w mediach z punktu widzenia socjologa są porównywalne z plotkami z magla. Metody sondażowni są różne, uzyskiwane wyniki nieporównywalne, próby zbyt małe i wcale nie reprezentatywne. Nikt nie wie jaki będzie wynik tych wyborów. Większość wyborców nie wie jeszcze czy pójdzie głosować, ani na kogo odda głos.

Mamy wybór

W trakcie kończącej się właśnie kampanii wyborczej wielu kandydatów pozwoliło nam poznać siebie i swoje poglądy. To Grzegorz Napieralski, Marek Jurek, Waldemar Pawlak, Andrzej Olechowski, Andrzej Lepper, Bogusław Ziętek, Janusz Korwin-Mikke, Kornel Morawiecki. Oni prowadzili kampanię i pracowali na nasze głosy. Robili to tak jak mogli i umieli, jednak niezależnie od budżetów - wszyscy poinformowali mnie o swoich planach.

POPiS gra inaczej

Zwolennicy PO maskują miałkość Komorowskiego nawoływaniem do konfrontacji i robieniem z Kaczyńskiego czarnego luda. PiS udaje, że Kaczyński urodził się po katastrofie w Smoleńsku. Ich kandydaci, zawsze byli do siebie podobni - zarówno biografią, jak i poglądami. Na czas tej nadzwyczajnej i krótkiej kampanii zupełnie przestali się od siebie różnić. Unikali wymiany zdań, zaś ewentualne dyskusje kierowali na sprawy zupełnie niezwiązane ze stanowiskiem Prezydenta RP.

Kaczyński i Komorowski nie powiedzieli nic o swoich prezydenckich planach. Może gardzą wyborcami, może nie mają pomysłów, może wiedzą, że ich pomysły nie są akceptowane przez Polaków. Z tego co wiemy o nich do tej pory, nie różnią się niczym, oprócz tego, że Komorowski lubi Tuska. Możemy wybrać jednego z nich na podstawie ich “wizerunku”, czyli ogólnej sympatii jaką wzbudzają. Możemy wybrać jednego z nich na podstawie towarzystwa, w jakim się obracają.

Możemy podjąć decyzję

Możemy jednak podjąć decyzję kierując się dobrem własnym, a więc i dobrem Polski. To proste.

Chcesz wolności światopoglądowej i europejskiej socjaldemokracji? Wybierz Napieralskiego,
Walczysz o prawa pracownicze? Wybierz Ziętka. Jesteś rolnikiem? Możesz wybrać Pawlaka.
Dbasz o biznes? Olechowski. Kościół i rodzina? Marek Jurek. Nie lubisz rządu i podatków? Korwin-Mikke. Kochasz bazary? Andrzej Lepper. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Głosowanie na tych kandydatów nie jest “marnowaniem głosów”, nie jest też niczym “egzotycznym”. Na pewno nie pomoże w zwycięstwie żadnego z Panów K. Wybór mniejszego zła może nas czekać tylko jeśli teraz poprzemy jednego z nich.

Jeśli zaś koszmarnym zbiegiem okoliczności Polskę dopadnie kolejna klęska w postaci prezydenta z POPiSu, to dzięki głosom na prawdziwych kandydatów przynajmniej będzie wiadomo, który zestaw wartości jest najbliższy wyborcom.

Wysoki wynik Korwina-Mikke czy Olechowskiego każe POPiSowym pacynkom sterowanym sondażami liberalizować przepisy. Napieralski w drugiej turze każe im oddalić się od Kościoła i zająć się modernizacją.

To może się udać

A jeśli uda nam się, co bardzo prawdopodobne, zaskoczyć Panow K.? Jeśli do drugiej tury wejdzie Napieralski? Kogo poparłby Jarek, a kogo Bronek?


Dla zwolenników prawicy to wielka szansa na zjednoczenie POPiSu. Dla zwolenników lewicy to szansa na nowy LiD, albo, co chyba jeszcze lepsze na sojusz postkomunistycznej lewicy z solidarnościowymi związkowcami. Dla wszystkich to oczyszczenie sceny politycznej i przerwanie duopolu POPiS.

Nie mówiąc o tym, że z tego co zobaczyłem w trakcie kampanii, Grzegorz Napieralski jest, obok Olechowskiego, najlepszym kandydatem na Prezydenta RP. Jego wejście do drugiej tury, to szansa na Prezydenta lepszego niż poprzedni. Może nawet lepszego niż Kwaśniewski?
Grzegorz Napieralski to nie musi być Twój wybór - to tylko mój głos, oddany na mojego kandydata. W tym wpisie nie chodzi mi wcale o wygraną Napieralskiego, chodzi o wygraną dla większości Polaków.

Głosuj na siebie

Chciałbym, żeby każdy kto dobrnął do tego akapitu po prostu zagłosował na jakiegokolwiek kandydata z programem. Zróbcie niespodziankę Panom K., sondażowniom i mediom.
Wybierzcie tych, którzy reprezentują Wasze interesy. Wybierzcie siebie. Wybierzcie demokrację.

 

Pomoce techniczne:

Państwowa Komisja Wyborcza - tu znajdziesz wszystkie informacje o procedurach wyborczych. Latarnik Wyborczy, Test Wyborczy - tu możesz sprawdzić zgodność Twoich poglądów z kandydatami.

Komentarze (3)
Biedne Ovi Store w pajęczej sieci
 Oceń wpis
   

Zapraszam na Spider's Web, gdzie dzięki uprzejmości Przemka Pająka pojawił się mój tekst "Nie takie Ovi biedne jak je malują".

Ovi Store (c) Nokia

Kto pamięta Ovi Store? Przemek Pająk twierdzi, ze to platforma zapomniana przez deweloperów i powątpiewa w przyszłość Symbian OS. Rzeczywistość Ovi jest jednak znacznie bardziej różowe niż wydaje się większości komentatorów.

Czytaj dalej w Spider's Web

 

Komentarze (0)
Alternatywa dla Facebooka?
 Oceń wpis
   

Kolejne zmiany w zasadach użytkowania i polityce prywatności facebooka owocują dyskusjami i spektakularnymi gestami części bardziej zaawansowanych użytkowników Internetu. Nie zmienia się jednak trend błyskawicznego wzrostu tego serwisu, także w Polsce. Ludzie lubią facebooka i nie przejmują się zmianami zasad, prawdopodobnie nawet ich nie znają.

diaspora logo

Czy problem naprawdę jest wart roztrząsania? Czy powinnismy “dezaktywować” swoje konta na FB? Faktycznie, ilość informacji o naszych zwyczajach udostępniana domyślnie przez Facebook wszystkim zainteresowanym dramatycznie wzrosła w stosunku do zasad stosowanych na początku działania serwisu.

Matt McKeon na podstawie analizy zmian w regulaminach Facebooka wykonanej przez EFF, przygotował wizualizację, która pokazuje, jak bardzo zmieniły się zasady gry proponowane użytkownikom serwisu jako domyślne

prywatność Facebook 2005 (Matt McKenon)

Rys: Informacje z konta Facebook domyślnie udostępniane w 2005 roku (Matt McKeon)

prywatność Facebook 2010 (Matt McKenon)

Rys: Informacje z konta Facebook domyślnie udostępniane w kwietniu 2010 roku (Matt McKeon)

Facebook tworzy kolejne mechanizmy mające na celu zbieranie informacji na temat działań swoich użytkowników w innych serwisach. Wprowadzone niedawno “społeczne wtyczki” (social plugins) umieszczane w serwisach innych niż Facebook pozwalają na zbieranie informacji o tym, z jakich stron korzystają użytkownicy serwisu oraz jakie treści polecają swoim znajomym.

Facebook nie przekazuje tych danych właścicielom serwisów, które zamieszczają social plugins. Zebrane dane będą mu służyć do oferowania skutecznych kampanii reklamowych. Wtyczki po tygodniu od ich udostępnienia były uruchomione w ponad 50 000 serwisach - jeśli przeglądasz je będąc zalogowanym w Facebooku, dane o tym trafią do firmy Marka Zuckerberga.

Fred Stutzman z University of North Carolina sprawdził, co dzieje się, kiedy korzystasz ze stron internetowych 15 największych serwisów informacyjnych w USA. Aż 9 z nich przekazywało informacje do Facebooka: MSNBC, CNN, CBS, ABC, Fox News, Washington Post, Tribune, USATODAY (Gannet) oraz serwisy lokalnych gazet należących do firmy McClatchy. 

Warto zauważyć, ze ikony niezależnego dziennikarstwa, The New York Times oraz BBC nie dołączyły do Open Graph. Zuckerberg nie dowie się też co czytamy w serwisach news Yahoo, AOL i Google - konkurujących z Facebookiem na rynku reklamy internetowej.

Zbieranie coraz większej liczby informacji i udostępnianie ich poza kontrolą użytkowników prowokuje mniej lub bardziej spektakularne protesty. Jednym z nich jest akcja QuitFacebookDay - zachęcająca do zrezygnowania z serwisu Facebook w dniu 31 maja 2010.

Facebook ignoruje takie akcje. Ich skala nie ma żadnego wpływu na jego działalność. Co więcej, poziom zadowolenia użytkowników Facebooka również nie ma zbyt dużego wpływu na jego rozwój. Prawdziwym problemem z Facebook nie jest zagrożenie prywatności użytkowników. Problemem jest brak kontroli nad środowiskiem interakcji społecznej oraz brak wpływu na zasady tej interakcji przez użytkowników.

Facebook już od dawna nie jest społecznością tworzoną z myślą o użytkownikach. Dziś Facebook pracuje dla reklamodawców oraz twórców aplikacji. Facebook nie jest podwórkiem ani szkolnym korytarzem. To raczej galeria handlowa. Reguły i funkcje w serwisie są tworzone z myślą o biznesie i z natury rzeczy ograniczają wolność użytkowników - tak, aby usprawnić zarabianie na nich.

Mimo to, z Facebooka praktycznie nie da się dziś zrezygnować. Przez swoją skalę stanowi dziś jedno z głównych miejsc interakcji online. Brak konta na Facebooku oznacza dziś pozostawanie poza swoją społecznością. Według badań Pew Research aż 73 proc. dorosłych użytkowników Internetu w USA ma konta na Facebooku. Według badania Social Media Matters 2010, aż 47 proc. amerykańskich internautów codziennie zagląda do tego serwisu.

Czy oznacza to, że Facebook przejmie wszystkie interakcje, a poza nim “nie będzie niczego”? Niekoniecznie. Ogromna skala Facebooka ogranicza jego zastosowania. Ze względu na konieczność globalnego dostosowywania się do wymagań lokalnych regulatorów rynku, Facebook musi zabraniać wielu rzeczy - strzec praw właścicieli znaków towarowych, cenzurować “niemoralne” zdjęcia i teksty etc. W rezultacie użytkownicy otrzymują ujednolicony, akceptowalny produkt bez możliwości jego modyfikacji.

To trochę jak kawiarnie Starbucks. Pasuje wszystkim, ale raczej nikogo nie zachwyca na dłuższą metę. Nawet wykorzystując zaawansowany marketing i przewagę finansową Starbucks nie wyeliminuje konkurencji w postaci malutkich “cafe luis” z poszczerbionymi filiżankami i super mocną kawą. Nie wygra też z herbaciarnią w stylu Zen.

Na dodatek oprócz Facebooka/Starbucksa istnieją inni potężni gracze lokalni (Nasza-Klasa/Coffee Heaven) i globalni (LinkedIn/McDonalds) ze swoją specyfiką i zasobami pozwalającymi na konkurencję. Istnieje też sporo ludzi, którzy swoją kawę parzą w domu. Czy są ludzie, którzy w domu będą tworzyć swojego Facebooka?

Oczywiście, że są. Jednym z najnowszych projektów, które mają na celu zbudowanie takiego Facebooka dostosowanego do własnych potrzeb jest Diaspora. Diaspora opiera się na idei GNU Social. Jej oprogramowanie ma być wolne i zapewniać pełną kontrolę nad tym jakie dane i komu udostępniamy. Sieć Diaspora ma być całkowicie zdecentralizowana - każdy użytkownik miałby w komputerze serwer ze swoim profilem. Diaspora ma być też chroniona silnym szyfrowaniem GPG.

Diaspora: Personally Controlled, Do-It-All, Distributed Open-Source Social Network from daniel grippi on Vimeo

Na razie projekt jest w sferze marzeń. Jego twórcy zebrali na swój projekt już ponad 160 000 dolarów (też możesz się dorzucić), oraz spore zainteresowanie społeczności Open Source, w tym m.in. Luisa Villa z Fundacji Mozilla. Także główne media zainteresowały się projektem.

Trudno powiedzieć, czy Diaspora będzie kiedyś prawdziwą alternatywą dla Facebooka. Projekt OneSocialWeb oparty na XMPP i dotowany przez Vodafone na razie nie okazał się sukcesem. To samo można powiedzieć o wolnej wersji Twittera - serwisie Identi.ca. Bazująca na podobnym pomyśle "własnego serwera" Opera Unite nie zdobyła serc użytkowników. Mimo to, wspieram projekt Diaspora. Każda alternatywa jest lepsza niż brak wyboru.

Komentarze (4)
Futurologia
 Oceń wpis
   

Co wydarzy się na rynku internetowym w najbliższych latach? Gdybym wiedział, pewnie nie patrzyłbym teraz na Morze Śródziemne z balkonu, a z tarasu wielkiej rezydencji. Mimo to, na prośbę Dominika Kaznowskiego podzielę się tym co usłyszałem od mądrych ludzi i co wyczytałem w zapominanych skarbnicach sieci.


Ten wpis jest dłuższy niż zwykle. Jeśli chcesz, możesz od razu przejść do interesującej Cię części:

Centralizacja produkcji treści

Wojna platform dystrybucyjnych

Lock-in Zamknięci użytkownicy

Centrala – Wszyscy na jednej fali


Najważniejsze zjawisko, które w 2010 roku osiąga swoją kulminację to centralizacja produkcji treści. Wymusiło ją połączenie dwóch zjawisk: cyfryzacji treści, oraz deregulacji rynku.

Konwergencja i dywersyfikacja mediów

Zmiana zapisu dowolnych treści kultury na format cyfrowy stworzyła możliwość konwergencji mediów. Konwergencja oznacza możliwość nadawania i odbierania tej samej treści przez różne kanały dystrybucji i różne nośniki. Właściwie trudno już mówić o osobnych mediach. Telewizja, Radio, Prasa, Internet. Co za różnica, skoro wszystkie masz w telefonie komórkowym, razem z bankiem i pocztą?

Segmentacja i "narrowcasting"

Cyfryzacja zmieniła mass media w jeszcze jeden sposób. Zamiast "broadcastingu" mamy dziś "narrowcasting". Użytkownik ma dziś dostęp do nie tyle dobrze segmentowanej, ale wręcz personalizowanej dla niego treści. Dominujące dawniej medium, telewizja, jest doskonałym przykładem tych zmian. Według badań Nielsena w 2004 roku przeciętny Amerykanin miał dostęp do 104 kanałów TV - o 43 więcej niż w 2000. W Europie według danych OECD między 2004 a 2006 rokiem liczba dostępnych kanałów TV wzrosła o 43 proc.

Wynalazki takie jak TiVo, nagrywarki i komputerowe programowanie kanałów sprawiły, że ramówka TV nie ma juz większego znaczenia dla większości telewidzów. Widać to po spadku oglądalności w tzw. primetime w największych stacjach telewizyjnych. W 1990 roku było to 80 procent widowni, w 2006 tylko 56 procent.

Koncentracja własności i centralizacja produkcji

W tym samym czasie zmniejsza się liczba nadawców. Dziś pięć firm - Time Warner, Viacom-CBS, Comcast - NBC Universal, Fox i Disney kontroluje aż 85 procent godzin oglądania materiałów wideo w USA. Jeśli dodamy do tej piątki News Corporation i Bertelsmann Media, mamy Wspaniałą Siódemkę największych producentów treści na świecie.  Ich wpływ jest tym większy, że produkty największych dostawców sa powielane przez inne media.

Douglas Van Belle i Guy Golan w swoich badaniach sprawdzali w jaki sposób główne media wpływają na to, co dociera do opinii publicznej. W 2006 roku zawartość wieczornych wiadomości największych sieci telewizyjnych (CBS, NBC i ABC) odpowiadała temu, co znalazło się w porannym wydaniu The New York Times. Wraz z digitalizacją treści, media nauczyły się powielać treści od najważniejszych dostawców. Oprócz NYT są to BBC World Service, the Economist, the Wall Street Journal i Al-Jazeera. Te media są (nie od) dziś powiązane finansowo, oraz prowadzą wspólne projekty z głównymi graczami Internetu.

Yahoo! obsługuje reklamy dla stron Viacom. Viacom daje treści z MTV dla Microsoft. Microsoft ma wspólny kanał z NBC, oraz razem z Yahoo! umowę dystrybucyjną z Hulu.com. Hulu jest własnością NBC i News Corp. Murdocha. News Corp jest właścicielem m.in. MySpace, gdzie reklamy do niedawana zapewniało Google i WSJ. Bertelsmann Media prowadzi europejskie wersje AOL.com i razem z News Corp. posiada kanał Premiere. Super RTL należy do Bertelsmana i Walt Disney Company. Steve Jobs, CEO Apple posiada prawie 10 % akcji Disneya. Apple ma też umowy dystrybucyjne ze wszystkimi oprócz NBC producentami treści.

Na rynkach lokalnych powiązania są bardzo podobne. W Polsce Onet należy do tej samej grupy co TVN, Agora ma swoją Gazeta.pl zaś Cyfrowy Polsat oprócz platformy ipla ma też własną usługę dostępu do Internetu. W Hiszpanii grupa Prisa ma udziały w największym dzienniku El Pais, popularnej telewizji Cuatro oraz sieci radiowej Cadena.

Jedyną firmą internetową wypychaną z tego interesu jest Google, które wydaje się wierzyć w potęgę swojej wyszukiwarki. Dlaczego?

Podczas gdy centralizacja produkcji treści właściwie dobiegła już końca, producenci dostrzegli nowe pole do ekspansji. Jest nim dystrybucja.

Wojna platform  - kto zastąpi Google?

Kolejnym ważnym zjawiskiem w 2010 i kilku następnych latach będzie wojna platform dystrybucyjnych.

Konwergencja mediów sprawiła, że głównym kanałem dystrybucji wszelkich treści kultury stały się sieci teleinformatyczne. Głównym środkiem dostępu do nich jest (oprócz telewizji) Internet.

Googlearchia

Google stworzył wyszukiwarkę pozwalająca na szybkie odnalezienie treści w Internecie. Zyskał też quasi-monopol na reklamę w Internecie. Na najbogatszych rynkach najlepszym sposobem na monetyzację treści jest umieszczenie obok niej reklam kontekstowych dobieranych przez Google. Najlepszym sposobem na promocję treści jest z kolei reklamowanie swoich treści w Google. Google stało się  niezbędnym pośrednikiem, zarabiającym zarówno na reklamodawcach, jak i na wydawcach treści. Często wydawcy są jednocześnie reklamodawcami.

Konkurencja z Google jest bardzo trudna – dzięki jego dominacji sięgającej 80 procent rynku reklamodawcy nie mogą traktować poważnie alternatyw w rodzaju sojuszy Microsoft + Yahoo! z wyszukiwarką Bing!

Alternatywne platformy dystrybucji treści

Google można ominąć, budując własną platformę dystrybucji obojętną na wyniki wyszukiwania. Problemem jest jedynie zdobycie dla niej użytkowników. Można to zrobić łącząc swoją platformę ze sprzętem (hardware). Tak zrobił Apple ze swoim iTunes i AppStore. W tym systemie to Apple jest hegemonem. Producenci podpisują z nim umowy o dystrybucji, Apple pobiera opłatę od użytkowników i słoną prowizję. Podobny model stosuje też Amazon w swoim Kindle.

Innym sposobem na podważenie dominacji Google jest „własny Internet”, na przykład taki, jaki tworzy Facebook (a w mniejszym stopniu Twitter). Własne aplikacje, oraz wyniki wyszukiwania oparte na preferencjach innych użytkowników w sieci społecznej pozwalają na stworzenie alternatywy dla Google. Jeśli w 2010 roku dokona się długo oczekiwane IPO Facebooka, będziemy mieli do czynienia z początkiem walki o to, kto dostarczy nam treść w Internecie.

Tą tendencję dostrzegają też wielcy gracze, którzy nie produkują własnej treści i do tej pory działali na peryferiach rynku. Rosjanin Yuri Milner inwestuje w Facebook i w Zynga (producentów FamVille, Mafia Wars czy Cafe World). Południowo-afrykański Naspers angażuje się w chińskie QQ.

Google stara się uciec przeciwnikom budując własną platformę sprzętową opartą na systemach Android i Chromium OS oraz aplikacjach Google Code. Ponawia też próby stworzenia własnych usług opartych na sieciach społecznych. Wojna platform będzie globalnym starciem liderów technologicznych z ogromnym kapitałem.

Lock-in Zamknięci użytkownicy

Niestety, niezależnie od tego kto wygra – użytkownicy mogą tylko przegrać. Kolejnym ważnym zjawiskiem jest bowiem „lock-in” definicji użytkownika Internetu. Problem ten dostrzegł i zdefiniował Jaron Lanier w swojej książce – manifeście „You are not a gadget”. O co chodzi?

Definicja mechanizmu "lock-in" - Simlock i MIDI

Lock-in to zablokowanie użytkownikowi możliwości wyboru dostawcy usługi. Najpopularniejszy przykład to blokada SIM w telefonie komórkowym dla wybranego operatora. Czasem jednak lock-in następuje niezależnie od woli twórcy produktu. Jeśli jakiś standard stanie się popularny, nie da się go zastąpić innym, nawet wyraźnie lepszym.

Typowym przykładem mechanizmu niezamierzonego "lock-in" jest cyfrowy format MIDI w muzyce. MIDI to format zapisu dźwięku stworzony przez Dave'a Smitha, aby połączyć dwa syntezatory. Miał tylko pozwolić na dostęp z jednej klawiatury do większej gamy dźwięków. MIDI odzwierciedla działanie klawiatury - muzyka jest zapisywana jako sekwencja dźwięków o różnej wysokości. Nie ma w nim miejsca dla płynnych przejść generowanych przez saksofon czy skrzypce. MIDI jest w tym podobny do klasycznego zapisu nutowego.

MIDI okazało się bardzo wygodnym rozwiązaniem i wkrótce korzystała z niego większość programów muzycznych. Dziś praktycznie wszystkie programy muzyczne działają z MIDI. Także wszystkie nowe urządzenia muzyczne działają z MIDI. Twój PC, Twój telefon, nawet Twój budzik prawdopodobnie ma dzwonek zapisany w formacie MIDI. Korzysta z niego tak wiele programów, że całkowite  przejście na inny format  jest już niemożliwe. Mimo, że technicznie komputery potrafią dziś znacznie więcej niż łączyć ze sobą kilka syntezatorów. W rezultacie cała współczesna muzyka pop jest bardziej mozaiką dźwięków niż melodią - dostosowaliśmy się do MIDI.

Lock-in człowieczeństwa w Web 2.0

Dziś to samo co z dźwiękami zamkniętymi w MIDI robimy z ludźmi - użytkownikami Internetu.
Na potrzeby nowych platform dystrybucji treści oraz reklamy kontekstowej, ludzie definiowani są przez coraz bardziej ograniczone "profile" oraz "statusy", możliwe do łatwego interpretowania przez maszyny. W miejscu dawnych, spontanicznych i niekomercyjnych osobistych stron www, mamy miliardy bezwartościowych i identycznych "profili" Web 2.0. Szczytem kreatywności staje się posiadanie bloga - jednak blogi to tylko szablony złożone z gotowych kawałków. Internet staje się homogeniczny.

Profile i aktywności są dostosowywane do potrzeb maszyn i ich oprogramowania, w taki sposób, aby umożliwić swobodną agregację i przetwarzanie danych. Aplikacje typu mash-up i meta-serwisy takie jak FriendFeed czy Google Buzz zbierają nasze aktywności pierwotnie wpisane na blogach, stronach domowych, czy Twitterze. Przycinają je do swoich ramek i publikują w otoczeniu odpowiednio dobranych reklam. Odbiorcami są inni ludzie oceniani na podstawie ich profili.

Jeśli to co napiszesz w swoim profilu pasuje do profilu innego użytkownika, maszyna przedstawi mu Twoją twórczość licząc na kliknięcie i zysk z reklamy. Profil to format, w którym programiści zamykają całą Twoją osobowość. To czego maszyna nie jest w stanie zrozumieć jest w nim pomijane.

Oprócz treści wybranych z innych profili, użytkownik otrzymuje od swojego preferowanego dystrybutora treść wyprodukowaną przez jednego z kilku dużych producentów. Treść jest segmentowana i personalizowana, jednak w gruncie rzeczy identyczna. Tworzy się ją możliwie niskim kosztem, przetwarzając to, co udało się znaleźć w zasobach archiwalnych Sieci lub u jednego z głównych mediów mainstreamu.

Społeczność zmieniona w tłum

Od twórczej i otwartej WWW tworzonej przez znanych z imienia i nazwiska pionierów, przeszliśmy do masowej konsumpcji. Web 2.0 sprowadza użytkowników do wspólnego mianownika. Stajemy się tłumem konsumentów treści, bezmyślnie łykającym reklamy. Zamiast powiększać zasoby wiedzy i dzielić się swoją twórczością jak było jeszcze w latach 90tych, tworzymy kolejne wpisy o niczym dzieląc się mitami i ignorancją. Zatracamy osobowość, wybierając anonimowe komentarze. To nie nasza wina, tak stworzone są serwisy z których korzystamy. Jedyne co jest dziś w Internecie naprawdę osobiste, to dokładnie wycelowane w każdego z nas reklamy.

Test Turinga to jedno z ostatnich dokonań tego nieszczęsnego twórcy komputerów. Jeśli maszyna potrafi "rozmawiać" z sędzią w taki sposób, że nie rozpozna on, że rozmawia z maszyną, oznacza to narodziny sztucznej inteligencji.

Rozwój technologii zwiększył ilość ludzi mających dostęp do usług internetowych. Dziś test Turinga na Twitterze przechodzi w moich oczach więcej botów niż żywych użytkowników. To nie dlatego, że w Sieci narodziła się długo oczekiwana noosfera. To dlatego, że Web 2.0 ograniczyła ludzką kreatywność do tego stopnia, że programiści nie mają żadnego problemu z jej imitacją.

To zjawisko, znane jako efekt Elizy, zauważono już w czasach IRC. Wtedy jednak uważano, że wynika to z nienaturalności rozmów prowadzonych za pośrednictwem czatu. Ludzkość dostosowała się do maszyn - dziś to wypowiedzi dłuższe niż 120 znaków są nienaturalne. Także ten tekst jest zbyt długi - tl;dr.

Nie jesteś gadżetem?

Jeśli jednak dalej czytasz mój wpis i nie jesteś automatem, który potnie go na kawałki wyświetlając je innym ludziom w towarzystwie reklam, możesz (według Laniera) coś zmienić.

  • Nie przywiązuj się do żadnej platformy dystrybucji treści. Oprócz profilu na Facebooku, oprócz konta Google, oprócz bloga na wordpressie, stwórz własną stronę WWW, napisz artykuł, namaluj obraz, skomponuj piosenkę lub nagraj wideo. Dopóki nie można zamknąć Cię w szablonowym "profilu" - nadal jesteś człowiekiem, którego nie skopiuje maszyna.
  • Jeśli nikt Cię nie ściga, nie musisz być anonimowy. Przyznawaj się do swojej tożsamości pisząc w Internecie. To narzędzie dla ludzi, nie dla botów.
  • Pisz rzadziej, ale mądrzej. Przemyśl swój kolejny wpis na bloga. Niech następne blipnięcie nie będzie opisem czegoś, co mogło się przytrafić każdemu. Niech będzie zapisem Twojej unikalnej myśli. Zewnętrzne zdarzenia definiują maszyny, ludzi definiują ich myśli.
  • Wikipedia nie jest zła, jednak nie ograniczaj się do jej zasad w swojej aktywności w Sieci. Twoja osobista opinia jest dla ludzi ważniejsza niż "obiektywny" opis.

Co dzieje się w dzisiejszym Internecie? Co wydarzy się za chwilę? Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale na pewno będzie ciekawie i trochę strasznie.

Powoli tracimy możliwości wyboru. Producentów treści jest zaledwie kilku, zaś niezależne niedobitki będą musiały zdecydować się wkrótce na jedną z platform. W przeciwnym wypadku nikt ich nie odnajdzie i nikt im nie zapłaci. Może jednak nie będzie tak źle? Ludzie nie są bezwolnymi robotami, nie są tylko profilami na facebooku. Zamiast budować stodoły w FarmVille, możemy zrobić coś pożytecznego.

Clay Shirky, autor książki Here Comes Everybody, wierzy, że dzięki Internetowi możemy stworzyć wielkie rzeczy. W końcu to pierwsza okazja, żeby twórczo wykorzystać czas marnowany przed telewizorem – 200 miliardów godzin rocznie w samych USA – czas, w którym można stworzyć 2000 Wikipedii! Tylko od nas zależy, co zrobimy z tym czasem.

 

Komentarze (3)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
Ankieta
Co stanie się z telewizorami?
Zostaną wyparte przez komputery PC
Przejmą funkcje komputerów PC
Razem z PC znikną z rynku
Będą się rozwijać niezależnie od komputerów
Nie mam zdania na ten temat
Mam inne zdanie (komentarz pod wpisem)
O mnie
Piotr Wrzosiński
Piotr Wrzosiński
Najnowsze wpisy
2011-10-03 10:41 W zeszłym tygodniu pod nowym adresem
2011-09-25 18:20 Minął kolejny tydzień
2011-09-19 11:07 Podsumowanie tygodnia
2011-09-12 13:37 Przedruk i przeprowadzka
2011-09-02 17:36 Wybierz swój e-book!
Najnowsze komentarze
2015-02-24 18:33
KamilDawid:
Minął kolejny tydzień
Mam nadzieje, że to nie będzie koniec bloga. Zapraszam
2014-10-08 04:36
Thank you:
Nie ukradliśmy tego HTC z Windows Mobile. Serio.
Thank you http://gamesfree4flash.blogspot.com/[...]
2014-10-08 04:34
Thank you:
Nie ukradliśmy tego HTC z Windows Mobile. Serio.
Thank you http://downloadgamesair.blogspot.com/[...]