iPhone w toalecie, czyli co łączy Jobsa z Crapperem
 Oceń wpis
   

Jeśli czytasz dużo o technologii, to pewnie nie raz cisnęło Ci się na usta “ajfon srajfon”. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak blisko prawdy jest to powiedzenie. Chyba żaden wynalazek nie miał historii tak podobnej do telefonu komórkowego jak muszla klozetowa. Ten stary, lecz jakże przydatny cud techniki miał nawet swojego Steve’a Jobsa!

Telefon komórkowy to gadżet rozpalający dziś wyobraźnię mas. Wynalazcy, projektanci, inwestorzy, dystrybutorzy i użytkownicy potrafiący godzinami roztrząsać zalety swoich ulubionych rozwiązań. Słowa klucze: iPhone, Nokia, Samsung, HTC, iOS, Symbian, Android, Windows Phone... Wspaniałe.

crapper toilet

[Fot: CC-BY-SA by radioedit]

Z toaletami było kiedyś tak samo. W ciągu niecałych 100 lat technologiczna nowinka stała się powszechnym dobrem. Spośród tysięcy fantazyjnych modeli, do dziś przetrwało zaledwie kilka standardów. Po drodze pojawiło się kilka fortun, a jeden człowiek, nieco niezasłużenie, został uznany za wynalazcę jednego z najważniejszych rozwiązań w tej dziedzinie. Thomas Crapper to przecież wypisz wymaluj Steve Jobs swoich czasów. Od razu jednak dementuję, słowo “crap” [ang. gówno, śmieć] nie pochodzi od nazwiska króla klozetów, jest znacznie starsze. Podobnie jak słowo "job" [ang. praca, zawód] ma niewiele wspólnego z szefem Apple.

Crapper nie wynalazł też ani spłuczki (zrobił to pisarz, John Harrington, w 1596 roku), ani syfonu w kształcie litery S blokującego brzydkie zapachy z kanalizacji (Alexander Cummings, 1775). Jego patenty były znacznie mniej istotne - Crapperowi zawdzięczamy m.in. pływak sterujący dopływem wody do rezerwuaru.

To co naprawdę stanowiło o sukcesie Crappera to, jak w przypadku Jobsa, design. Oczywiście nie wymyślony przez samego Crappera. Jeśli Crapper to ówczesny Jobs, to jego Woz'em był Albert Giblin, a rolę Jonathana Ive odegrał Thomas Twyford.

Co tam wynalazcy, zobaczcie Jobsa: 

Thomas Crapper

[Fot: public domain, wikimedia]

Firma Crappera instalowała muszle klozetowe projektu Twyforda, będące jednolitym elementem ceramicznym. Crapper instalował też nowoczesne syfony odporne na przeciekanie, opatentowane w 1898 roku przez Giblina. Syfony te były osią marketingu firmy. Thomas Crapper oferował nie tylko instalację samej muszli, ale też aranżację łazienki.

Podobieństwo strategii Thomas Crapper & Co. do dzisiejszych działań Apple jest uderzające. Cudze rozwiązania opakowane w łatwy w obsłudze, elegancki design. Nacisk na jakość wykonania i instalacji. Reklamy, sugerujące, że wykorzystane cudze wynalazki są zasługą firmy. Wreszcie, oprócz dostarczania samego hardware’u - zajmowanie się “ekosystemem” czyli całą łazienką.

Rozwiązania oferowane przez Thomas Crapper & Co., z pewnymi modyfikacjami przetrwały do dziś. Twoja toaleta jest prawdopodobnie jednolitym elementem ceramicznym, podłączonym do zaworu S i wyposażonym w spłuczkę z pływakiem. Twój wkład w personalizację sedesu jest dziś ograniczony, jak w iPhone, do wyboru nakładki - czyli deski klozetowej. Możesz za to dokupić aplikacje, czyli pozostałe wyposażenie łazienki.

To samo obserwujemy w świecie telefonów komórkowych. Spośród setek rozwiązań, dominujący staje się telefon w formie płaskiego pudełka z ekranem dotykowym. Podobne są interfejsy, oraz zainstalowane sensory. Wszystkie nowe smartfony łączą się z tymi samymi standardami 3G/WiFi/HSDPA/Bluetooth, wszystkie mają GPS, akcelerometr, czujnik światła.

iPhone nigdy nie był rewolucyjny, nie wprowadził żadnego rozwiązania nienznanego innym producentom. Niczym produkt Crappera, wyznaczył jednak standard, za którym podążyli konsumenci.

Boom na biznes związany z klozetami trwał od 1775 roku (syfon S) do 1907 roku. To wtedy optatentowano ostatni ważny element nowoczesnego klozetu - spiralne spłukiwanie pozwalające na “samooczyszczanie się” muszli. Firma Crappera wprowadzała swoje rozwiązania w latach 1880. Dwadzieścia lat wystarczyło, aby jej agresywny marketing zatrzymał rozwój różnorodnych technologii w zakresie muszli klozetowych.

Dziś muszla klozetowa jest standardowym towarem. Poza wyjątkami w klasie premium i na lokalnych rynkach (Japonia), do domu zamawia się po prostu kompakt W.C. Większość użytkowników nie patrzy na markę dosiadanego klozetu (Koło, Roca, Grohe etc.), ani jego parametry techniczne.

Pierwszy telefon komórkowy zaprezentowano w 1973 roku, jednak prawdziwy rozwój technologii to lata 1990-2010. Apple wprowadził swojego iPhone w 2007 roku. Większość producentów podąża za wzorem tego produktu już dziś. Czy niechęć Nokii do wprowadzenia na rynki telefonów N9 i N950 (wyposażonych w "nowy" system MeeGo) oznacza, że obserwujemy już koniec okresu innowacji w telefonii komórkowej?

Jeśli historia się powtarza, to wszelkie nowe pomysły dotyczące rynku mobile możemy spuścić do klozetu... Za 20 lat wszyscy będziemy bezrefleksyjnie używać klona iPhone. Wszystko jedno, kto go wyprodukuje.

Komentarze (2)
TVN 24: 10 lat junk food news w Polsce.
 Oceń wpis
   

TVN 24 świętuje swoje dziesięciolecie. Minęło już 10 lat karmienia widzów śmieciowymi wiadomościami. 10 lat, po 7 dni w tygodniu. Całą dobę.

junk foodKrytyka TVN24 jako medium w Polsce ma dwa główne nurty. Pierwszy, zbywany hasłem “oszołomy” zarzuca stacji, że prezentuje określony profil polityczny. Drugi, słyszany ze strony medioznawców i “poważnych dziennikarzy”, to zarzut, że stacja ta rozpowszechnia infotainment, czyli miesza wiadomości z rozrywką.

Oba zarzuty są, przynajmniej w części, prawdziwe. Żaden z nich nie dotyka sedna problemu, jaki polska przestrzeń publiczna ma z TVN24 i jej naśladowcami. Niestety przez 10 lat, zgodnie z prawem Kopernika - Greshama, proponowany przez stację format wiadomości telewizyjnej wyparł niemal całkowicie rzetelną informację i publicystykę.

Moim zdaniem problem nie leży w promowaniu określonych poglądów politycznych. To cecha mediów od samego początku. Polityczny profil mają zresztą media o najwyższej jakości - lewicowy jest Guardian, liberalny the New York Times, konserwatywny the Wall Street Journal.

Problemem nie jest też samo infotainment, obecne w mediach od prawie zawsze, a w polskiej telewizji co najmniej od 25 lat, czyli od pierwszego Teleexpressu.

TVN24 robi nam krzywdę serwując junk food news. Czym są junk food news? Po raz pierwszy tego terminu użył Carl Jensen, szef programu Project Censored, prowadzonego przez Fundację Sonoma State University.

Jensen zauważył, że według redaktorów, media zapełniane są informacjami możliwie najważniejszymi i atrakcyjnymi dla jak największej publiczności. Innymi słowy Project Censored nie miał sensu, gdyż o doborze informacji decyduje nie żadna cenzura, a poszukiwanie największej oglądalności (czytelnictwa, słuchalności etc.).

Czy rzeczywiście redaktorzy wyróżniają najważniejsze informacje? Jensen postanowił to sprawdzić, a wyniki wyglądały tak jak dzisiejsze TVN24. Większość jeśli nie całość programu można przecież przypisać do jednej z następujących kategorii:

  • Wiadomości związane ze znaną marką (plotki o gwiazdach)
  • Wiadomości związane z seksualnością
  • Wiadomości jo-jo (np. kursy akcji, przeróżne zmieniające się codziennie statystyki)
  • Informacje o szołbiznesie (premiery filmów)
  • Najnowsze mody (np. Facebook)
  • Rocznice (10 lat TVN24!)
  • Wiadomości sportowe (piłka nożna!)
  • Polityka

Co dziś mamy w TVN24? Zajrzyjmy na portal tvn24.pl.
Najważniejsze informacje:
- Zamieszki w Anglii: Premier się budzi
- Zamieszki w Anglii: odwołano mecz towarzyski z Holandią.
- Zamieszki w Anglii: reakcje piłkarzy Rooney’a i Ferdinando
- Zamieszki w Anglii: przypadek chuligana pobitego i okradzionego przez kolegów
- Kursy walut: CHF, EUR, AUD etc. etc.

Czy to naprawdę są najważniejsze wiadomości dla odbiorców TVN? A nawet jeśli, to czy naprawdę nie można oczekiwać od stacji rzetelnego komentarza. Dlaczego o zamieszkach wypowiada się Rooney, zamiast specjalistów od przestępczości młodzieży w miastach?

To jest właśnie problem z TVN24 i jej naśladowacami. Dostarczają nam łatwą do przeżucia papkę śmieci.

 [fot. na górze by pterjan CC-BY]

Komentarze (4)
Z biblioteczki (kontr)rewolucjonisty
 Oceń wpis
   

Skąd się biorą rewolucje? Dlaczego w wiadomościach wszystkie wyglądają tak samo? I co w tej całej historii robią Buzek i Krzaklewski?

Historia jest galerią obrazów, w której znajduje się mało dzieł oryginalnych i dużo kopii. Alexis de Tocqueville

W TV kolejna rewolucja. Na głównym placu odległej stolicy zebrały się masy młodzieży. Zwołali się przez Internet, identyfikują się kolorem lub datą i występują przeciwko okrutnemu reżimowi. Młodzi ludzie buntują się. W Tunezji, w Algierii, w Egipcie, w Jordanii, w Jemenie, w Libii. Masakrują ich w Syrii. Oburzeni protestują na placach Hiszpanii. Młodzież walczy o zmiany w Iranie, Burmie, w Chinach. Co zagotowało głowy młodych ludzi na całym świecie?

Kiedy oglądam migawki z kolejnych placów wypełnionych młodzieżą, zdjęcia kolejnych młodych męczenników bestialsko mordowanych przez policję, kiedy słyszę o kolejnej kolorowej rewolucji z chwytliwym przekazem, mam coraz większe wątpliwości. Dlaczego od jakiegoś czasu wszystkie rewolucje pokazywane w mediach wyglądają tak samo?

Kiedy słyszę, że demonstranci używają Twittera i Facebooka, a dziennikarze mówią o “internetowej rewolucji” zaczynam się zastanawiać. Arabska zimowa rewolucja, w polskich mediach zwana “wiosną” chyba z sympatii dla buntowników - zaczęła się w Tunezji. Zaczęła się (podobno) od tego, że tunezyjska policja zarekwirowała bezrobotnemu ojcu ośmiorga dzieci nielegalny stragan z pożyczonym towarem. Skąd ten biedak i wszyscy jego znajomi mają konta na Facebooku, telefony i komputery. Dlaczego niezważając na rachunki i policyjne pałki organizują demonstracje?

W sierpniu 2010 roku nieznany nikomu Dominik Taras zorganizował swoją “antykrucjatę”. Na Krakowskim Przedmieściu udało mu się zgromadzić kilka tysięcy osób w niezbyt ważnej sprawie. Użył do tego Facebooka. News? Tylko dla dziennikarzy. To, że “wszyscy są na fejsie” było zarówno dla organizatora, jak i dla warszawskiej młodzieży naturalne. Nikt nie pamięta, że jeszcze półtora roku wcześniej, w maju 2009 roku zaledwie 5 procent polskich internautów kojarzyło nazwę Facebook po jej pokazaniu przez ankietera. Czy Facebook to naprawdę dobre narzędzie do wzniecania zamieszek? Być może, ale skąd wziął się w Tunezji czy Egipcie?

Zacznijmy jednak od podstawowego pytania.

Skąd biorą się rewolucje?

Alexis de Tocqueville toured America in the 18...W 1856 roku Alexis Henri Charles Clérelde, wicehrabia de Tocqueville opublikował dzieło “Dawny ustrój i rewolucja”. Na podstawie obserwacji Rewolucji Francuskiej, de Tocqueville dowodził, że rewolucje są kontynuacją obalonego ustroju. Wybuchają zaś nie wtedy, kiedy sytuacja jest najgorsza, a wtedy gdy pojawiają się zmiany na lepsze. Bunt powoduje frustracja spowodowana zbyt wolną poprawą sytuacji.

“Najniebezpieczniejszy dla złego rządu jest zazwyczaj ten moment, kiedy zaczyna się on reformować.” Alexis de Tocqueville

Obserwacje de Tocqueville’a wydają się pasować do sytuacji przynajmniej części z krajów, które możemy dziś oglądać w relacjach telewizji Al-Dżazira. Sponsorowanej przez emira Kataru, dziwnym trafem nie dotkniętego zamieszkami.

Na przykład, można zgadywać, że mimo brutalności reżimów i praktycznego braku praw obywatelskich od lat 80. XX wieku zarówno w Tunezji Asada, jak i w Egipcie Mubaraka poziom życia podnosił się dzięki dochodom z turystyki oraz, paradoksalnie, dzięki stabilności politycznej.

De Tocqueville byłby jednak bezradny wobec wielu innych rewolucji. Co miałby powiedzieć o tej w Iranie, gdzie reżim zaostrzył kurs. Jak interpretować rewolucyjny początek wojny domowej w Libii - w kraju gdzie sytuacja obywateli była właściwie niezmienna, a w porównaniu z sąsiednimi krajami luksusowa.

W drugiej połowie XX wieku pojawił się nowy rodzaj rewolucji, bliższy starym coups d’etat niż walce klas. To rewolucje fabrykowane, inspirowane i wspierane z zewnątrz. Nie muszą być robione wbrew społeczeństwu, czasem zyskują masowe poparcie. Nie są jednak efektem działań reżimu, ani w ogóle sytuacji wewnętrznej. To gra obcych interesów.

Doktryna Szoku, błyskotliwa książka Naomi Klein z 2007 roku wylicza całą listę podobnych rewolucji i przypisuje je amerykańskim neokonserwatystom. Rzeczywiście amerykańscy politycy dawali się złapać na sponsorowaniu rewolucji, jednak ani socjotechniki, ani techniki sabotażu i dywersji nie mają przypisanej ideologii. Eksport rewolucji nie jest pomysłem made in USA. Rewolucjoniści mogą w zależności od swych barw politycznych korzystać z przeróżnych poradników.

Nie piszę tu bynajmniej o filozoficznych rozprawkach typu Manifestu Komunistycznego.  Przyjrzyjmy się ciekawszej literaturze wywrotowej.

Biblioteka (kontr)rewolucjonisty Che Guevara's Saturday night in Leeds Hyde park

Image by phill.d via FlickrKlasyczna dziś La Guerra de Guerrillas (Kuba: Wojna partyzancka) Che Guevary z 1961 roku służyła za podręcznik zarówno lewicowym, jak i prawicowym bojownikom, mimo iż autor zapewniał, że foquismo najlepiej działa przeciw totalitarnym dyktaturom. W praktyce porady El Comandante najlepiej sprawdzają się w słabo zurbanizowanych krajach, o słabej sieci łączności i przy założeniu masowego niezadowolenia z reżimu. Guevara uważał Afrykę za “słabe ogniwo imperializmu” jednak w Kongo poniósł porażkę. Metoda foco sprawdziła się za to w Nikaragui, Salwadorze, Grenadzie i Gwatemali.

Wydana 10 lat później the Anarchists Cookbook (Anarchistyczna książka kucharska) miała być protestem przeciwko wojnie w Wietnamie. Anarchistyczna jest tylko z nazwy. Ze względu na zawarte w niej dokładne i ilustrowane instrukcje produkcji różnych niebezpiecznych urządzeń, książka stałą się obiektem zainteresowania FBI (zobacz wyniki lektury). W 2010 roku jej posiadanie było jedną z okoliczności obciążających Iana Davisona, brytyjskiego neonazisty próbującego przyrządzić wybuchowe danie według przepisu z książki. Ze względu na praktyczne podejście, błędy rzeczowe i brak koncepcji strategicznych, ta książka cieszy się niezasłużoną sławą.

Aby to naprawić, anarchistyczny nie tylko z nazwy kolektyw Crimethinc wydał własną “anarchistyczną książkę kucharską” pod tytułem “Recipe for Disaster” (Przepis na katastrofę). Głównym powodem jej powstania był brak odniesień do anarchistycznej ideologii i metod działania w poprzedniej książce kucharskiej. Recipe for Disaster nie zawiera też błędów obecnych w the Anarchists Cookbook i jest dużo ciekawszą lekturą. Choć nie tak znana jak oryginał, książka ta odegrała większą rolę w praktyce. Wpływ Recipe for Disaster można zauważyć w działaniach odwołujących się do “akcji bezpośredniej” ruchów anarchistycznych, antyfaszystowskich oraz alterglobalistycznych.

“Samotne wilki” czyli związani z radykalną prawicą terroryści działający w pojedynkę inspirują się artykułem “Leaderless Resistance” (Opór bez przywódców) Louisa Beama z 1984 roku. Beam, sam należący do Ku-Klux-Klanu przypisywał koncepcję tajemniczemu pułkownikowi Amossowi z CIA, jednak jej początki sięgać mogą II wojny światowej. Samotne, rozproszone komórki sieci oporu miały stanowić zabezpieczenie przed aparatem terroru potężniejszego wroga. Amoss miał na myśli komunistów po inwazji na USA, Beam amerykański rząd.
Co ciekawe, pierwszą ofiarą rozproszonego terroru padli jednak myśliwi. Leaderless Resistance zainspirowało bowiem grupy radykalnych obrońców praw zwierząt. Samotnym wilkiem był także sprawca niedawnych ataków w Norwegii, Anders Breivik. Taktyka samotnych wilków jest wyjątkowo skuteczna, acz jednorazowa. Terrorysty praktycznie nie da się wykryć, jednak jego pierwsza akcja jest zwykle ostatnią. Pozbawiony wsparcia po ujawnieniu nie ma szans na ucieczkę przed siłami bezpieczeństwa.

[EDIT] Umknęła mi jeszcze jedna, bardzo ważna dla prawicowych radykałów książka. To The Turner Diaries (Dzienniki Turnera), napisana przez Andrew MacDonalda. MacDonald, czyli William Luther Pierce, to zmarły w 2002 roku przywódca National Alliance, jeden z najważniejszych ideologów wyższości białej rasy w USA. Książka opisuje losy Earla Turnera, członka Organizacji bohatera kampanii terroru i sabotażu, która w ciągu stu lat doprowadzić miała do "oczyszczenia" USA z wszystkich nie-białych. Turner ginie co prawda zrzucając bombę atomową na Pentagon, ale Organizacja zwycięża. Pierce napisał jeszcze jedną, jak sam to ujął "bardziej praktyczną" książkę "Hunter" opisującą  losy weterana wojny wietnamskiej mordującego mieszane rasowo. małżeństwa. Mimo to, The Turner Diaries mają większy wpływ na bojowników - książka byłą inspiracją do co najmniej sześciu aktów terroru.[/EDIT]

Bojownicy kierujący się islamem i ideą świętej wojny korzystają z aż 1600-stronicowego dzieła “Da’wat al-muqawamah al-islamiyyah al-‘alamiyyah” (Wezwanie do światowego islamskiego ruchu oporu) Mustafa Setmariam Nasara, lepiej znanego też jako “Abu Mus’ab al-Suri”.System al-Suriego zwany ‘nizam’ - po polsku to chyba właśnie “system” - opiera się na sieci niezależnych komórek terrorystycznych, nie połączonych żadną organizacją, a jedynie wspólnym celem. Niestety nie znalazłem pełnego tłumaczenia tego dzieła na żaden znany mi język. Według specjalistów książka Nasara inspirowała m.in. wykonawców ataków w Madrycie i Londynie.

Rewolucja na wynos

Ruchy rewolucyjne, które obserwujemy dziś w Al-Dżazira mają swój własny, nowoczesny elementarz. To Canvasopedia, serwis internetowy prowadzony przez organizację CANVAS (Centre for Applied NonViolent Action & Strategies).

CANVAS to następca serbskiego ruchu młodzieżowego Otpor!, który w 2000 roku przyczynił się do obalenia Slobodana Milosevica. Celem CANVAS jest... powtórka z rozrywki, czyli masowe powielanie metody Otpor! w innych krajach. Otpor! w swoich wyjątkowo skutecznych kampaniach korzystał z pism Gene’a Sharpa, człowieka nazywanego Clausewitzem wojny bez przemocy.

Kim naprawdę jest demoniczny Gene Sharp? To 80-letni staruszek, emerytowany profesor politologii uniwersytetu Dartmouth. Zajmuje się głównie problematyką “walki bez przemocy”. Sharp zidentyfikował aż 198 metod takiej walki.

Gene Sharp jest też fundatorem Albert Einstein Institution, organizacji zajmującej się “obroną wolności i demokracji oraz redukowaniem przemocy na tle politycznym przez propagowanie walki bez przemocy”. W tłumaczeniu na polski, to organizacja produkująca i eksportująca rewolucję “instant”.

Prace Sharpa, a zwłaszcza jego opus magnum, czyli podręcznik “Od dyktatury do wolności” są podstawową lekturą dzisiejszych ruchów rewolucyjnych, zwłaszcza tych z naszej części świata. Oficjalnie do inspiracji przyznają się między innymi gruzińska Kmara (obalony prezydent Szewardnadze), ukraińska Pora (pomarańczowa rewolucja), białoruski Żubr (na razie bez sukcesów), albański MJAFT!, rosyjska antyputinowska Oborona, oraz KelKel z Kirgistanu (jedna z sił biorących udział w rewolucji przeciw Akajewowi).

Hugo Chavez oskarżał AEI Sharpa o próbę zamachu stanu w Wenezueli. Egipski młodzieżowy Ruch 6 kwietnia korzystał z porad udzielanych przez CANVAS. Także hiszpański ruch oburzonych, który właśnie doprowadził do skrócenia kadencji rząd Zapatero stosuje metody zalecane przez bostońską instytucję.

Jak dotąd metody Sharpa są wyjątkowo skuteczne, nie powiodło się tylko tam, gdzie przywódcy mają masowe poparcie społeczne i/lub wyjątkową kontrolę nad przepływem informacji: Białoruś, Burma (Myanmar), Chiny, Iran, Rosja, Wenezuela. Wszystkie inne cechy reżimu wydają się być nieistotne.

Rewolucja na wynos według Sharpa wygląda zawsze tak samo - zmieniają się tylko logotypy i slogany pod którymi maszerują rewolucjoniści oraz twarze młodych męczenników. Albert Einstein Institution jest więc fabryką rewolucji znacznie skuteczniejszą niż Al-Kaida czy Bractwo Muzułmańskie, nie mówiąc już o KGB czy CIA. Gene Sharp jest zresztą nieustannie i chyba niesłusznie oskarżany o związki z tą ostatnią.

Do sukcesu w walce z dowolną dyktaturą AEI potrzebuje właściwie tylko jednego - niekontrolowanych środków masowej komunikacji w rękach młodzieży. W kampaniach ruchu Otpor! używano tradycyjnych narzędzi marketingu ATL i BTL i profesjonalnych agencji reklamowych wspieranych badaniami marketingowymi. Od plakatów, przez gadżety (ołówki przed głosowaniem), poprzez lokalne media i spoty w telewizji.

W krajach o silniejszej cenzurze, lub tam, gdzie ruch protestu nie ma silnego wsparcia finansowego niezbędne jest stworzenie lub wykorzystanie niezależnych kanałów komunikacji. To dlatego we wszystkich “afrykańskich” działaniach AEI tak silną rolę odgrywa Internet. Skąd ludzie mają do niego dostęp?

Ja tego Pana skądś znam...

Tu na scenę wchodzi inny darczyńca organizacji CANVAS. Człowiek roku 2000 Gazety Wyborczej, George Soros. Przez swój Open Society Institute sfinansował badania nad rozwojem social media w Afryce Północnej i ich wpływ na możliwość zmiany reżimu. W tym raporcie (oraz w Al-Dżazira) można zobaczyć dotychczasowe efekty badań. Soros finansuje też wymianę doświadczeń między uczestnikami młodzieżowych ruchów pro-demokratycznych (cokolwiek to znaczy).

Inny sponsor CANVAS, organizacja National Endowment for Democracy (NED), finansuje szkolenia i poszukiwania młodych liderów i aktywistów w krajach będących potencjalnym celem kolejnych rewolucji.

Polityczne i finansowe wsparcie zapewnia także The International Republican Institute utrzymywana z budżetu federalnego USA organizacja zajmująca się “demokratyzacją” innych państw i zarządzana przez Johna McCaina, republikańskiego kontrkandydata Obamy w 2008 roku.

Warto tu wspomnieć o “zapomnianych” osiągnięciach IRI w Polsce. Organizacja swego czasu przyznawała się do zintegrowania w 1997 roku polskiej centroprawicy i utworzenia partii Akcja Wyborcza Solidarność, a następnie Ruchu Społecznego AWS wspierającej Mariana Krzaklewskiego w przegranych wyborach prezydenckich. To była piękna katastrofa.

IRI szkoliła także Jerzego Buzka, ówczesnego Premiera RP, dziś przewodniczącego PE. Celem szkolenia było “podniesienie zdolności komunikacyjnych” ówczesnego Premiera RP, tak, aby nie dopuścić do rozpadu prawicowej opozycji. O traumie AWS chyba już nie pamiętamy, ale sam Buzek trzyma się całkiem nieźle.

Oczywiście twierdzenie, że to Gene Sharp na zlecenie Sorosa i Johna McCain’a wywołuje rewolucje przy pomocy nieświadomej młodzieży jest co najmniej przesadzone. W rozruchach zapewne biorą udział prawdziwi ludzie przekonani o swoich racjach. Ich ryzyko jest realne, na ulicach zwykle leje się prawdziwa krew.

Mimo to, wzruszając się kolejną dawką rewolucyjnego infotainment warto pamiętać, że współczesne rewolucje nie są już romantycznymi eskapadami Guevary, anarchistycznymi protestami z książki kucharskiej, ani nawet szaleństwem terrorystów.

To dopracowane w szczegółach scenariusze napisane w Bostonie, realizowane za pieniądze ważnych i bogatych ludzi. Tym razem biedna młodzież zamiast pistoletów dostaje telefony i szkolenia. Szkoda, że czołgi dyktatorów pozostają bez zmian.


Komentarze (2)
Głosuj na siebie, nie na mniejsze zło. (wybory 2010)
 Oceń wpis
   

To nieprawda, że nie mamy wyboru. Nieprawda, że do wyboru są tylko dwaj, identyczni w poglądach kandydaci. Apele, aby “powstrzymać” jednego z panów K. głosem na drugiego z nich, to antydemokratyczna granda. Chciałbym, żebyśmy głosowali na innych kandydatów. Głosuję na trzeciego kandydata - Grzegorza Napieralskiego.

Apele zwolenników PO, aby w imię walki z Kaczyńskim głosować na Komorowskiego są antydemokratyczne. Tak samo jak wcześniejsze propozycje, aby “pominąć” fazę wyborów zgłaszane m.in. przez Katarzynę Kolendę-Zaleską. Wybory prezydenckie to nie plebiscyt, ani walka, karta wyborcza to nie epitafium dla ofiar lotniczej katastrofy.

Publicyści głównych mediów po początkowym szoku katastrofy smoleńskiej, teraz grają z nami w durnia. O ile jestem w stanie zrozumieć Kolendę-Zaleską, to już Adam Szostkiewicz piszący dziś o “zatrzymywaniu Kaczyńskiego” nie ma usprawiedliwienia. Nie mówiąc już o Agnieszce Kublik z jej niewiarygodna wręcz serią paszkwili na kandydata SLD. Niektórzy jak widać dziennikarską etykę zamienili na etaty propagandzistów. Nie dajcie się nabrać.

W pierwszej turze wyborów nie można głosować na “mniejsze zło”.

W pierwszej turze wszyscy kandydaci mają równe szanse. Sondaże to nie wybory, a wyniki publikowane w mediach z punktu widzenia socjologa są porównywalne z plotkami z magla. Metody sondażowni są różne, uzyskiwane wyniki nieporównywalne, próby zbyt małe i wcale nie reprezentatywne. Nikt nie wie jaki będzie wynik tych wyborów. Większość wyborców nie wie jeszcze czy pójdzie głosować, ani na kogo odda głos.

Mamy wybór

W trakcie kończącej się właśnie kampanii wyborczej wielu kandydatów pozwoliło nam poznać siebie i swoje poglądy. To Grzegorz Napieralski, Marek Jurek, Waldemar Pawlak, Andrzej Olechowski, Andrzej Lepper, Bogusław Ziętek, Janusz Korwin-Mikke, Kornel Morawiecki. Oni prowadzili kampanię i pracowali na nasze głosy. Robili to tak jak mogli i umieli, jednak niezależnie od budżetów - wszyscy poinformowali mnie o swoich planach.

POPiS gra inaczej

Zwolennicy PO maskują miałkość Komorowskiego nawoływaniem do konfrontacji i robieniem z Kaczyńskiego czarnego luda. PiS udaje, że Kaczyński urodził się po katastrofie w Smoleńsku. Ich kandydaci, zawsze byli do siebie podobni - zarówno biografią, jak i poglądami. Na czas tej nadzwyczajnej i krótkiej kampanii zupełnie przestali się od siebie różnić. Unikali wymiany zdań, zaś ewentualne dyskusje kierowali na sprawy zupełnie niezwiązane ze stanowiskiem Prezydenta RP.

Kaczyński i Komorowski nie powiedzieli nic o swoich prezydenckich planach. Może gardzą wyborcami, może nie mają pomysłów, może wiedzą, że ich pomysły nie są akceptowane przez Polaków. Z tego co wiemy o nich do tej pory, nie różnią się niczym, oprócz tego, że Komorowski lubi Tuska. Możemy wybrać jednego z nich na podstawie ich “wizerunku”, czyli ogólnej sympatii jaką wzbudzają. Możemy wybrać jednego z nich na podstawie towarzystwa, w jakim się obracają.

Możemy podjąć decyzję

Możemy jednak podjąć decyzję kierując się dobrem własnym, a więc i dobrem Polski. To proste.

Chcesz wolności światopoglądowej i europejskiej socjaldemokracji? Wybierz Napieralskiego,
Walczysz o prawa pracownicze? Wybierz Ziętka. Jesteś rolnikiem? Możesz wybrać Pawlaka.
Dbasz o biznes? Olechowski. Kościół i rodzina? Marek Jurek. Nie lubisz rządu i podatków? Korwin-Mikke. Kochasz bazary? Andrzej Lepper. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Głosowanie na tych kandydatów nie jest “marnowaniem głosów”, nie jest też niczym “egzotycznym”. Na pewno nie pomoże w zwycięstwie żadnego z Panów K. Wybór mniejszego zła może nas czekać tylko jeśli teraz poprzemy jednego z nich.

Jeśli zaś koszmarnym zbiegiem okoliczności Polskę dopadnie kolejna klęska w postaci prezydenta z POPiSu, to dzięki głosom na prawdziwych kandydatów przynajmniej będzie wiadomo, który zestaw wartości jest najbliższy wyborcom.

Wysoki wynik Korwina-Mikke czy Olechowskiego każe POPiSowym pacynkom sterowanym sondażami liberalizować przepisy. Napieralski w drugiej turze każe im oddalić się od Kościoła i zająć się modernizacją.

To może się udać

A jeśli uda nam się, co bardzo prawdopodobne, zaskoczyć Panow K.? Jeśli do drugiej tury wejdzie Napieralski? Kogo poparłby Jarek, a kogo Bronek?


Dla zwolenników prawicy to wielka szansa na zjednoczenie POPiSu. Dla zwolenników lewicy to szansa na nowy LiD, albo, co chyba jeszcze lepsze na sojusz postkomunistycznej lewicy z solidarnościowymi związkowcami. Dla wszystkich to oczyszczenie sceny politycznej i przerwanie duopolu POPiS.

Nie mówiąc o tym, że z tego co zobaczyłem w trakcie kampanii, Grzegorz Napieralski jest, obok Olechowskiego, najlepszym kandydatem na Prezydenta RP. Jego wejście do drugiej tury, to szansa na Prezydenta lepszego niż poprzedni. Może nawet lepszego niż Kwaśniewski?
Grzegorz Napieralski to nie musi być Twój wybór - to tylko mój głos, oddany na mojego kandydata. W tym wpisie nie chodzi mi wcale o wygraną Napieralskiego, chodzi o wygraną dla większości Polaków.

Głosuj na siebie

Chciałbym, żeby każdy kto dobrnął do tego akapitu po prostu zagłosował na jakiegokolwiek kandydata z programem. Zróbcie niespodziankę Panom K., sondażowniom i mediom.
Wybierzcie tych, którzy reprezentują Wasze interesy. Wybierzcie siebie. Wybierzcie demokrację.

 

Pomoce techniczne:

Państwowa Komisja Wyborcza - tu znajdziesz wszystkie informacje o procedurach wyborczych. Latarnik Wyborczy, Test Wyborczy - tu możesz sprawdzić zgodność Twoich poglądów z kandydatami.

Komentarze (3)
Opera na iPhone - to działa!
 Oceń wpis
   

Podczas MWC 2010 Opera Software zaprezentowała swoją nową przeglądarkę Opera Mini 5 Beta dla iPhone. Nie mogliśmy robić zdjęć ani filmować pokazu, ale mogliśmy ją przetestować. Wrażenia? Steve, musisz to dodać do AppStore!

[Poniższy artykuł został przygotowany dla sieci blogów OnSoftware przez autorów: Merijn de Boer (gadget.blog.nl), Piotr Wrzosiński (wnet.bblog.pl) z Softonic.com]


Opera Software twierdzi, że ich produkt nie jest przeznaczony do iPhone ze zdjętą blokadą (jailbreaked).Opera Mini 5 będzie oficjalnie zgłoszona do AppStore, kiedy osiągnie wersję Final. Prace są bardzo zaawansowane, więc możemy oczekiwać zgłoszenia już wkrótce. Na MWC Opera Mini 5 była prezentowana jedynie wybranym dziennikarzom i partnerom. Wersji Beta na iPhone nie udostępniono do pobrania.

Dość jednak prawnych zawiłości, najważniejsze, że mogliśmy pobawić się Operą na iPhone. Trzeba powiedzieć, że w porównaniu z Opera Mini 5 Beta, wygląd i działanie Safari są beznadziejne. Najpierw odpaliliśmy w domyślnej przeglądarce iPhone stronę the New York Times. Mimo, że strona była częściowo w cache'u przeglądarki, czekaliśmy ponad minutę na jej załadowanie przez słaby GPRS dostępny w zatłoczonym budynku Fira de Barcelona.

Następnie rozpoczęliśmy naszą przygodę z Opera Mini. Po uruchomieniu zobaczyliśmy znaną stronę startową Speed Dial z ulubionymi zakładkami. Strona ta może być synchronizowana z przeglądarką Opera na PC lub np. telewizorze przy pomocy usługi Opera Link. Dotknęliśmy NYT i voila, po 15 sekundach na ekranie pojawiła się pełna strona New York Timesa.

Prędkość przeglądania Internetu przy słabym łączy jest zachwycająca. Opera Mini osiąga ją dzięki zaawansowanej kompresji. Strony są odchudzane nawet o 90%. Dodatkowe przyspieszenie zapewniają czary wykonywane na serwerach Opera Mini - łączą one pliki składające się na wgląd witryny w jedną paczkę o niewielkim rozmiarze. Nie tylko przyspiesza to pobieranie, ale też ratuje portfel przy korzystaniu z roamingu lub ograniczonych abonamentach na transmisję danych.

Naszym głównym zastrzeżeniem dotyczącym Opera Mini jest bezpieczeństwo rozwiązania opartego na przetwarzaniu danych na serwerach. Wszystkie "czułe" dane, na przykład hasła dostępu do poczty, są przesyłane przez serwery należące do Opera Software. Opera zabezpiecza je 128 bitowym szyfrowaniem pomiędzy naszą przeglądarką a serwerem i między serwerem Opera a stroną docelową. Słabym punktem są jednak serwery, na których nasze dane są przetwarzane poza naszą kontrolą. Pozostaje wierzyć na słowo, że są one dobrze chronione.

Interfejs Opera Mini 5 na iPhone jest praktycznie identyczny jak w wersjach na inne platformy. Nie ma multi-touch, aby powiększyć obrazek należy stuknąć w ekran dotykowy. Opera działa bardzo płynnie a wszelkie przejścia są ładnie animowane. Opera dokonała kilku zmian dostosowując się do wymagań dotyczących UI zawartych w SDK Apple'a. Używana jest klawiatura ekranowa natywna dla iPhone, nie ma też przycisku zakończ w opcjach programu.

Opra Mini 5 dla iPhone nie oferuje obsługi Flash. Jeśli jednak przejdziemy na YouTube, otworzy się mobilna wersja serwisu a filmy można będzie otworzyć w natywnym odtwarzaczu telefonu. To zachowanie jest identyczne z innymi wersjami Opery Mini.

Największą różnicą w korzystaniu z Opery w porównaniu z Safari jest dostęp do wielu stron. W Safari na iPhone widać jedynie bieżącą stronę. Opera pokazuje podgląd zakładek w menu wyświetlanym pod oknem przeglądarki. Dzięki temu można jednym dotknięciem łatwo przejść do każdej z otwartych stron. Opera Mini 5 na iPhone pokazuje "normalny" Internet, co nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. Np. otwierając Softonic.pl zostaniemy przekierowani na stronę dedykowaną dla Windows PC, zamiast na wersję Softonic Mobile dla iPhone.

Korzystanie z Opera Mini 5 na iPhone jest przyjemne i intuicyjne, brak "szczypania obrazków" nie jest problemem. Powiększanie po stuknięciu w ekran jest równie płynne i wygodne. Podgląd zakładek w Speed Dial przypominający nieco Widgety bardzo ułatwia dostęp do ulubionych stron. Przeglądanie kolejnych stron w Opera Mini jest naprawdę szybkie i przyjemne. Dla posiadaczy iPhone pierwszej generacji przyspieszenie przeglądania Internetu dzięki Opera Mini będzie bardzo miłym prezentem. Wszystkie strony jakie testowaliśmy były bardzo wymagające i ciężkie, jednak Opera Mini radziła sobie z nimi znakomicie.

Wygląda na to, że Safari znalazła wreszcie godnego konkurenta. Jeśli masz jedną ze starszych wersji iPhone, pobierz Opera Mini 5 natychmiast po jej publikacji w AppStore. O ile Steve pozwoli.

Komentarze (2)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
Ankieta
Co stanie się z telewizorami?
Zostaną wyparte przez komputery PC
Przejmą funkcje komputerów PC
Razem z PC znikną z rynku
Będą się rozwijać niezależnie od komputerów
Nie mam zdania na ten temat
Mam inne zdanie (komentarz pod wpisem)
O mnie
Piotr Wrzosiński
Piotr Wrzosiński
Najnowsze wpisy
2011-10-03 10:41 W zeszłym tygodniu pod nowym adresem
2011-09-25 18:20 Minął kolejny tydzień
2011-09-19 11:07 Podsumowanie tygodnia
2011-09-12 13:37 Przedruk i przeprowadzka
2011-09-02 17:36 Wybierz swój e-book!
Najnowsze komentarze
2015-02-24 18:33
KamilDawid:
Minął kolejny tydzień
Mam nadzieje, że to nie będzie koniec bloga. Zapraszam
2014-10-08 04:36
Thank you:
Nie ukradliśmy tego HTC z Windows Mobile. Serio.
Thank you http://gamesfree4flash.blogspot.com/[...]
2014-10-08 04:34
Thank you:
Nie ukradliśmy tego HTC z Windows Mobile. Serio.
Thank you http://downloadgamesair.blogspot.com/[...]