Futurologia
 Oceń wpis
   

Co wydarzy się na rynku internetowym w najbliższych latach? Gdybym wiedział, pewnie nie patrzyłbym teraz na Morze Śródziemne z balkonu, a z tarasu wielkiej rezydencji. Mimo to, na prośbę Dominika Kaznowskiego podzielę się tym co usłyszałem od mądrych ludzi i co wyczytałem w zapominanych skarbnicach sieci.


Ten wpis jest dłuższy niż zwykle. Jeśli chcesz, możesz od razu przejść do interesującej Cię części:

Centralizacja produkcji treści

Wojna platform dystrybucyjnych

Lock-in Zamknięci użytkownicy

Centrala – Wszyscy na jednej fali


Najważniejsze zjawisko, które w 2010 roku osiąga swoją kulminację to centralizacja produkcji treści. Wymusiło ją połączenie dwóch zjawisk: cyfryzacji treści, oraz deregulacji rynku.

Konwergencja i dywersyfikacja mediów

Zmiana zapisu dowolnych treści kultury na format cyfrowy stworzyła możliwość konwergencji mediów. Konwergencja oznacza możliwość nadawania i odbierania tej samej treści przez różne kanały dystrybucji i różne nośniki. Właściwie trudno już mówić o osobnych mediach. Telewizja, Radio, Prasa, Internet. Co za różnica, skoro wszystkie masz w telefonie komórkowym, razem z bankiem i pocztą?

Segmentacja i "narrowcasting"

Cyfryzacja zmieniła mass media w jeszcze jeden sposób. Zamiast "broadcastingu" mamy dziś "narrowcasting". Użytkownik ma dziś dostęp do nie tyle dobrze segmentowanej, ale wręcz personalizowanej dla niego treści. Dominujące dawniej medium, telewizja, jest doskonałym przykładem tych zmian. Według badań Nielsena w 2004 roku przeciętny Amerykanin miał dostęp do 104 kanałów TV - o 43 więcej niż w 2000. W Europie według danych OECD między 2004 a 2006 rokiem liczba dostępnych kanałów TV wzrosła o 43 proc.

Wynalazki takie jak TiVo, nagrywarki i komputerowe programowanie kanałów sprawiły, że ramówka TV nie ma juz większego znaczenia dla większości telewidzów. Widać to po spadku oglądalności w tzw. primetime w największych stacjach telewizyjnych. W 1990 roku było to 80 procent widowni, w 2006 tylko 56 procent.

Koncentracja własności i centralizacja produkcji

W tym samym czasie zmniejsza się liczba nadawców. Dziś pięć firm - Time Warner, Viacom-CBS, Comcast - NBC Universal, Fox i Disney kontroluje aż 85 procent godzin oglądania materiałów wideo w USA. Jeśli dodamy do tej piątki News Corporation i Bertelsmann Media, mamy Wspaniałą Siódemkę największych producentów treści na świecie.  Ich wpływ jest tym większy, że produkty największych dostawców sa powielane przez inne media.

Douglas Van Belle i Guy Golan w swoich badaniach sprawdzali w jaki sposób główne media wpływają na to, co dociera do opinii publicznej. W 2006 roku zawartość wieczornych wiadomości największych sieci telewizyjnych (CBS, NBC i ABC) odpowiadała temu, co znalazło się w porannym wydaniu The New York Times. Wraz z digitalizacją treści, media nauczyły się powielać treści od najważniejszych dostawców. Oprócz NYT są to BBC World Service, the Economist, the Wall Street Journal i Al-Jazeera. Te media są (nie od) dziś powiązane finansowo, oraz prowadzą wspólne projekty z głównymi graczami Internetu.

Yahoo! obsługuje reklamy dla stron Viacom. Viacom daje treści z MTV dla Microsoft. Microsoft ma wspólny kanał z NBC, oraz razem z Yahoo! umowę dystrybucyjną z Hulu.com. Hulu jest własnością NBC i News Corp. Murdocha. News Corp jest właścicielem m.in. MySpace, gdzie reklamy do niedawana zapewniało Google i WSJ. Bertelsmann Media prowadzi europejskie wersje AOL.com i razem z News Corp. posiada kanał Premiere. Super RTL należy do Bertelsmana i Walt Disney Company. Steve Jobs, CEO Apple posiada prawie 10 % akcji Disneya. Apple ma też umowy dystrybucyjne ze wszystkimi oprócz NBC producentami treści.

Na rynkach lokalnych powiązania są bardzo podobne. W Polsce Onet należy do tej samej grupy co TVN, Agora ma swoją Gazeta.pl zaś Cyfrowy Polsat oprócz platformy ipla ma też własną usługę dostępu do Internetu. W Hiszpanii grupa Prisa ma udziały w największym dzienniku El Pais, popularnej telewizji Cuatro oraz sieci radiowej Cadena.

Jedyną firmą internetową wypychaną z tego interesu jest Google, które wydaje się wierzyć w potęgę swojej wyszukiwarki. Dlaczego?

Podczas gdy centralizacja produkcji treści właściwie dobiegła już końca, producenci dostrzegli nowe pole do ekspansji. Jest nim dystrybucja.

Wojna platform  - kto zastąpi Google?

Kolejnym ważnym zjawiskiem w 2010 i kilku następnych latach będzie wojna platform dystrybucyjnych.

Konwergencja mediów sprawiła, że głównym kanałem dystrybucji wszelkich treści kultury stały się sieci teleinformatyczne. Głównym środkiem dostępu do nich jest (oprócz telewizji) Internet.

Googlearchia

Google stworzył wyszukiwarkę pozwalająca na szybkie odnalezienie treści w Internecie. Zyskał też quasi-monopol na reklamę w Internecie. Na najbogatszych rynkach najlepszym sposobem na monetyzację treści jest umieszczenie obok niej reklam kontekstowych dobieranych przez Google. Najlepszym sposobem na promocję treści jest z kolei reklamowanie swoich treści w Google. Google stało się  niezbędnym pośrednikiem, zarabiającym zarówno na reklamodawcach, jak i na wydawcach treści. Często wydawcy są jednocześnie reklamodawcami.

Konkurencja z Google jest bardzo trudna – dzięki jego dominacji sięgającej 80 procent rynku reklamodawcy nie mogą traktować poważnie alternatyw w rodzaju sojuszy Microsoft + Yahoo! z wyszukiwarką Bing!

Alternatywne platformy dystrybucji treści

Google można ominąć, budując własną platformę dystrybucji obojętną na wyniki wyszukiwania. Problemem jest jedynie zdobycie dla niej użytkowników. Można to zrobić łącząc swoją platformę ze sprzętem (hardware). Tak zrobił Apple ze swoim iTunes i AppStore. W tym systemie to Apple jest hegemonem. Producenci podpisują z nim umowy o dystrybucji, Apple pobiera opłatę od użytkowników i słoną prowizję. Podobny model stosuje też Amazon w swoim Kindle.

Innym sposobem na podważenie dominacji Google jest „własny Internet”, na przykład taki, jaki tworzy Facebook (a w mniejszym stopniu Twitter). Własne aplikacje, oraz wyniki wyszukiwania oparte na preferencjach innych użytkowników w sieci społecznej pozwalają na stworzenie alternatywy dla Google. Jeśli w 2010 roku dokona się długo oczekiwane IPO Facebooka, będziemy mieli do czynienia z początkiem walki o to, kto dostarczy nam treść w Internecie.

Tą tendencję dostrzegają też wielcy gracze, którzy nie produkują własnej treści i do tej pory działali na peryferiach rynku. Rosjanin Yuri Milner inwestuje w Facebook i w Zynga (producentów FamVille, Mafia Wars czy Cafe World). Południowo-afrykański Naspers angażuje się w chińskie QQ.

Google stara się uciec przeciwnikom budując własną platformę sprzętową opartą na systemach Android i Chromium OS oraz aplikacjach Google Code. Ponawia też próby stworzenia własnych usług opartych na sieciach społecznych. Wojna platform będzie globalnym starciem liderów technologicznych z ogromnym kapitałem.

Lock-in Zamknięci użytkownicy

Niestety, niezależnie od tego kto wygra – użytkownicy mogą tylko przegrać. Kolejnym ważnym zjawiskiem jest bowiem „lock-in” definicji użytkownika Internetu. Problem ten dostrzegł i zdefiniował Jaron Lanier w swojej książce – manifeście „You are not a gadget”. O co chodzi?

Definicja mechanizmu "lock-in" - Simlock i MIDI

Lock-in to zablokowanie użytkownikowi możliwości wyboru dostawcy usługi. Najpopularniejszy przykład to blokada SIM w telefonie komórkowym dla wybranego operatora. Czasem jednak lock-in następuje niezależnie od woli twórcy produktu. Jeśli jakiś standard stanie się popularny, nie da się go zastąpić innym, nawet wyraźnie lepszym.

Typowym przykładem mechanizmu niezamierzonego "lock-in" jest cyfrowy format MIDI w muzyce. MIDI to format zapisu dźwięku stworzony przez Dave'a Smitha, aby połączyć dwa syntezatory. Miał tylko pozwolić na dostęp z jednej klawiatury do większej gamy dźwięków. MIDI odzwierciedla działanie klawiatury - muzyka jest zapisywana jako sekwencja dźwięków o różnej wysokości. Nie ma w nim miejsca dla płynnych przejść generowanych przez saksofon czy skrzypce. MIDI jest w tym podobny do klasycznego zapisu nutowego.

MIDI okazało się bardzo wygodnym rozwiązaniem i wkrótce korzystała z niego większość programów muzycznych. Dziś praktycznie wszystkie programy muzyczne działają z MIDI. Także wszystkie nowe urządzenia muzyczne działają z MIDI. Twój PC, Twój telefon, nawet Twój budzik prawdopodobnie ma dzwonek zapisany w formacie MIDI. Korzysta z niego tak wiele programów, że całkowite  przejście na inny format  jest już niemożliwe. Mimo, że technicznie komputery potrafią dziś znacznie więcej niż łączyć ze sobą kilka syntezatorów. W rezultacie cała współczesna muzyka pop jest bardziej mozaiką dźwięków niż melodią - dostosowaliśmy się do MIDI.

Lock-in człowieczeństwa w Web 2.0

Dziś to samo co z dźwiękami zamkniętymi w MIDI robimy z ludźmi - użytkownikami Internetu.
Na potrzeby nowych platform dystrybucji treści oraz reklamy kontekstowej, ludzie definiowani są przez coraz bardziej ograniczone "profile" oraz "statusy", możliwe do łatwego interpretowania przez maszyny. W miejscu dawnych, spontanicznych i niekomercyjnych osobistych stron www, mamy miliardy bezwartościowych i identycznych "profili" Web 2.0. Szczytem kreatywności staje się posiadanie bloga - jednak blogi to tylko szablony złożone z gotowych kawałków. Internet staje się homogeniczny.

Profile i aktywności są dostosowywane do potrzeb maszyn i ich oprogramowania, w taki sposób, aby umożliwić swobodną agregację i przetwarzanie danych. Aplikacje typu mash-up i meta-serwisy takie jak FriendFeed czy Google Buzz zbierają nasze aktywności pierwotnie wpisane na blogach, stronach domowych, czy Twitterze. Przycinają je do swoich ramek i publikują w otoczeniu odpowiednio dobranych reklam. Odbiorcami są inni ludzie oceniani na podstawie ich profili.

Jeśli to co napiszesz w swoim profilu pasuje do profilu innego użytkownika, maszyna przedstawi mu Twoją twórczość licząc na kliknięcie i zysk z reklamy. Profil to format, w którym programiści zamykają całą Twoją osobowość. To czego maszyna nie jest w stanie zrozumieć jest w nim pomijane.

Oprócz treści wybranych z innych profili, użytkownik otrzymuje od swojego preferowanego dystrybutora treść wyprodukowaną przez jednego z kilku dużych producentów. Treść jest segmentowana i personalizowana, jednak w gruncie rzeczy identyczna. Tworzy się ją możliwie niskim kosztem, przetwarzając to, co udało się znaleźć w zasobach archiwalnych Sieci lub u jednego z głównych mediów mainstreamu.

Społeczność zmieniona w tłum

Od twórczej i otwartej WWW tworzonej przez znanych z imienia i nazwiska pionierów, przeszliśmy do masowej konsumpcji. Web 2.0 sprowadza użytkowników do wspólnego mianownika. Stajemy się tłumem konsumentów treści, bezmyślnie łykającym reklamy. Zamiast powiększać zasoby wiedzy i dzielić się swoją twórczością jak było jeszcze w latach 90tych, tworzymy kolejne wpisy o niczym dzieląc się mitami i ignorancją. Zatracamy osobowość, wybierając anonimowe komentarze. To nie nasza wina, tak stworzone są serwisy z których korzystamy. Jedyne co jest dziś w Internecie naprawdę osobiste, to dokładnie wycelowane w każdego z nas reklamy.

Test Turinga to jedno z ostatnich dokonań tego nieszczęsnego twórcy komputerów. Jeśli maszyna potrafi "rozmawiać" z sędzią w taki sposób, że nie rozpozna on, że rozmawia z maszyną, oznacza to narodziny sztucznej inteligencji.

Rozwój technologii zwiększył ilość ludzi mających dostęp do usług internetowych. Dziś test Turinga na Twitterze przechodzi w moich oczach więcej botów niż żywych użytkowników. To nie dlatego, że w Sieci narodziła się długo oczekiwana noosfera. To dlatego, że Web 2.0 ograniczyła ludzką kreatywność do tego stopnia, że programiści nie mają żadnego problemu z jej imitacją.

To zjawisko, znane jako efekt Elizy, zauważono już w czasach IRC. Wtedy jednak uważano, że wynika to z nienaturalności rozmów prowadzonych za pośrednictwem czatu. Ludzkość dostosowała się do maszyn - dziś to wypowiedzi dłuższe niż 120 znaków są nienaturalne. Także ten tekst jest zbyt długi - tl;dr.

Nie jesteś gadżetem?

Jeśli jednak dalej czytasz mój wpis i nie jesteś automatem, który potnie go na kawałki wyświetlając je innym ludziom w towarzystwie reklam, możesz (według Laniera) coś zmienić.

  • Nie przywiązuj się do żadnej platformy dystrybucji treści. Oprócz profilu na Facebooku, oprócz konta Google, oprócz bloga na wordpressie, stwórz własną stronę WWW, napisz artykuł, namaluj obraz, skomponuj piosenkę lub nagraj wideo. Dopóki nie można zamknąć Cię w szablonowym "profilu" - nadal jesteś człowiekiem, którego nie skopiuje maszyna.
  • Jeśli nikt Cię nie ściga, nie musisz być anonimowy. Przyznawaj się do swojej tożsamości pisząc w Internecie. To narzędzie dla ludzi, nie dla botów.
  • Pisz rzadziej, ale mądrzej. Przemyśl swój kolejny wpis na bloga. Niech następne blipnięcie nie będzie opisem czegoś, co mogło się przytrafić każdemu. Niech będzie zapisem Twojej unikalnej myśli. Zewnętrzne zdarzenia definiują maszyny, ludzi definiują ich myśli.
  • Wikipedia nie jest zła, jednak nie ograniczaj się do jej zasad w swojej aktywności w Sieci. Twoja osobista opinia jest dla ludzi ważniejsza niż "obiektywny" opis.

Co dzieje się w dzisiejszym Internecie? Co wydarzy się za chwilę? Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale na pewno będzie ciekawie i trochę strasznie.

Powoli tracimy możliwości wyboru. Producentów treści jest zaledwie kilku, zaś niezależne niedobitki będą musiały zdecydować się wkrótce na jedną z platform. W przeciwnym wypadku nikt ich nie odnajdzie i nikt im nie zapłaci. Może jednak nie będzie tak źle? Ludzie nie są bezwolnymi robotami, nie są tylko profilami na facebooku. Zamiast budować stodoły w FarmVille, możemy zrobić coś pożytecznego.

Clay Shirky, autor książki Here Comes Everybody, wierzy, że dzięki Internetowi możemy stworzyć wielkie rzeczy. W końcu to pierwsza okazja, żeby twórczo wykorzystać czas marnowany przed telewizorem – 200 miliardów godzin rocznie w samych USA – czas, w którym można stworzyć 2000 Wikipedii! Tylko od nas zależy, co zrobimy z tym czasem.

 

Komentarze (3)
Kamienie domina. Co będzie dalej?
 Oceń wpis
   

Dominik Kaznowski – jeden z branżowych ekspertów – zmienia blogowe oblicze i adres. Niestety już w pierwszym wpisie na Networked Digital Age rozczarowuje. Oprócz błędów merytorycznych, Dominik pokazuje jak bardzo zamyka go perspektywa ciasnej wrocławskiej klasy.

 

Nowego bloga Dominika dyskwalifikuje przede wszystkim dwukrotne odwołanie do hiszpańskiego serwisu Tuendi. Taki serwis nie istnieje – hiszpańska nasza-klasa nazywa się Tuenti. To rozczarowujące, że szef marketingu największego serwisu społecznościowego w Polsce po prostu nie zna nazwy swojego hiszpańskiego odpowiednika.

Dominik ma jednak u mnie kredyt zaufania, przebrnąłem więc przez cały jego artykuł. Kaznowski dostrzega zmiany technologiczne zwiększające dostęp do Internetu. Zauważa też, że Internet to dziś raczej zbiór aplikacji niż medium informacyjne. Niestety w tym momencie kończą się słuszne spostrzeżenia.

Według Dominika Kaznowskiego serwisy społecznościowe, a przede wszystkim Facebook, stają się dominującym rodzajem stron internetowych – detronizując wyszukiwarki. Jego zdaniem wynika to głównie z lepszego niż w wyszukiwarkach wykorzystania zalet szerokopasmowego dostępu do Internetu.

To bzdura.

Nie ma jednej strony startowej.

Wyszukiwarki, wbrew wizji Dominika nigdy nie wyeliminowały portali horyzontalnych. Portale zintegrowały ich funkcjonalności. Wyszukiwarki kierują do portali.

Podobnie dzieje się z serwisami społecznościowymi. Portale i wyszukiwarki po prostu korzystają z ich funkcjonalności – i vice versa, Facebook pokazuje co tylko może w wynikach Google. Choć każdy z graczy próbuje przykleić do siebie użytkownika, w gruncie rzeczy wszyscy są połączeni i przesyłają między sobą ruch.

To trochę jak z gazetami, które drukują repertuary kinowe, programy telewizyjne, zamieszczają płyty DVD i mają swoje witryny internetowe, reklamując się jednocześnie we wszystkich konkurencyjnych mediach.

Świat to nie tylko nasza-klasa

Dominik myli się także w ocenie globalnego znaczenia zarówno serwisów społecznościowych, jak i szerokopasmowego Internetu. W swojej analizie całkowicie pomija rynki azjatyckie, które jak sam twierdzi wkrótce będą stanowić 2/3 Internetu.

Dla użytkowników z tych rynków Google nie jest dobrym punktem odniesienia. Nie jest nim też Facebook. Serwisów społecznościowych takich jak FB, Nasza-Klasa czy Tuenti nie da się porównywać z serwisami używanymi przez Internautów z Azji.

Japońskie Mixi to "no identity network" – pozwalające na interakcje bez ujawniania prawdziwej tożsamości. Chyba wszystkie udane japońskie serwisy społecznościowe mają trzy elementy: anonimowość, wersję mobilną oraz gry. Wideo i broadband sa w Japonii bardzo popularne, jednak o sukcesie decyduje raczej możliwość ich komentowania. Typowa interakcja z serwisem społecznościowym w Japonii to sprawdzenie co dzieje się u znajomych i wysłanie komentarza.

Chińskie społeczności takie jak Qzone (większy i lepiej zarabiający niż Facebook) czy Xiaoyou (to niezbyt udany odpowiednik naszej-klasy) są z kolei oparte na komunikatorze QQ. Także inna, nieco lepsza chińska nasza-klasa, czyli niezależny od Tencenta serwis RenRen opiera swój sukces na komunikatorze (Xiaoneitong). Choć RenRen ma interfejs sklonowany z Facebooka, to jego główną zaletą jest wersja WAP. Dla osób korzystających z lepszych łącz stworzono nawet osobnego klona o nazwie Kaixin001.

Chiński model interakcji w SNS jest zupełnie inny niż nasz. Nie jest oparty na forum ani wiadomościach wewnętrznych imitujących e-mail, za to dziejący się w czasie rzeczywistym. Na dodatek strona główna Qzone dla zachodniego użytkownika przypomina bardziej portal horyzontalny niż społeczność.

Jak będą zachowywać się użytkownicy z Afryki, jeszcze nie wiadomo.

Szerokie łącze czy wąskie gardło?

Równie śmieszne jest przypisywanie głównej roli w zmianach w Internecie łączom szerokopasmowym oraz treściom multimedialnym, a zwłaszcza wideo. To po prostu urąga faktom. Według optymistycznych szacunków, w 2013 roku będziemy mieli 700 milionów użytkowników łącz szerokopasmowych (broadband – czyli ponad 700 kB/s). Użytkowników Internetu w tym samym czasie będzie 8,2 mld. Czy 8% użytkowników naprawdę może stanowić o tym, jak będzie wyglądała sieć?

W rzeczywistości o rozwoju usług internetowych w najbliższych latach będzie decydował najszybciej rosnący segment, czyli Internet mobilny i bezprzewodowy. Najszybciej rosnące rynki to Indie, Chiny, Brazylia, Rosja oraz Afryka. Przyniosą one 2,5 miliarda nowych użytkowników Internetu w ciągu zaledwie 3 lat. Połowa wszystkich internautów będzie pochodzić z regionu Azji i Pacyfiku - zaś udział Ameryki Północnej zmniejszy się do 7 procent.

W takich warunkach zachodnie wyszukiwarki i portale mają trudniejsze zadanie niż Facebook nie dlatego, że w FB jest wideo. Wręcz przeciwnie, zaletą Facebooka jest jego wersja mobilna. Krótkie informacje, niewielkie zdjęcia i lokalni znajomi. Wadą wyszukiwarek dla nowych użytkowników jest konieczność wpisywania zapytań i zwracanie wyników nieodpowiednich dla urządzenia. Wadą portali jest ilość zdjęć i materiałów wideo oraz przeładowanie nieczytelnym tekstem.

Przypomnijcie sobie eksperymenty z WAP w telefonie jakieś 10 lat temu – mniej więcej te same bolączki dotkną nowych użytkowników z Azji i Afryki. Drogi transfer, mały ekran, niekompatybilność części formatów multimedialnych z urządzeniami oraz bardzo utrudnione wprowadzanie tekstu. Nowi użytkownicy Sieci nagrodzą tych producentów serwisów internetowych, którzy pomogą im w rozwiązaniu tych problemów.

A wideo? Wideo to można wkleić na Śledzika.

Komentarze (4)
Ojciec Internetu: Chmury, łączcie się!
 Oceń wpis
   

Chmury potrzebują wspólnego standardu. Tak twierdzi Vint Cerf, współtwórca protokołu TCP/IP uznawany za ojca Internetu. Z punktu widzenia użytkownika trudno odmówić mu racji. Czy właściciele chmur zgodzą się uwolnić nasze dane?

IBM Cloud ComputingRys. Cloud Computing, Ivan Walsh via Flickr

Cloud computing – nasze dane przechowywane gdzieś na odległych serwerach. Trzymamy tam pocztę e-mail, zdjęcia, dokumenty. Chmury pozwalają nam cieszyć się nieograniczoną powierzchnią dyskową i mocą setek procesorów. To świetne rozwiązanie, dopóki pozostajemy w obrębie chmury jednego dostawcy.

w:Vint Cerf at an w:ICANN meeting, Lisboa 2007

Fot: Vint Cerf, Źródło Wikipedia

 Vint Cerf na sesji Churchill Club postawił jednak pytanie: Co jeśli chcesz przenieść swoje dane z jednej chmury do drugiej? Co zrobić, aby połączyć możliwości rozwiązań od kilku dostawców?

No właśnie. Jak przenieść zdjęcia z flickr do Picasa? Większość z nas może oczywiście użyć programu takiego jak migratr, lub po prostu pobrać wszystkie zdjęcia i wgrać je do innego serwisu. To jednak skomplikowane, czasochłonne a często niemożliwe ze względu na ilość danych przedsięwzięcie.

Chmury powinny więc mieć wspólny standard wymiany informacji. Tak, aby dokument Word przechowywany na Microsoft SkyDrive można było otworzyć w Google Docs. Tak, aby zdjęcie z Picasy dało się pokazać grupie użytkowników na flickr.

Problem w tym, że właściciele chmur wcale nie chcą nam na to pozwolić. Microsoft woli opracować Office Online niż pozwolić nam wysyłać dokumenty wprost na Google Docs. Użytkownik jest cenny i lepiej nie wypuszczać go z rąk. Trochę jak strona z ostrzeżeniem na facebooku (przechodzisz do ZŁEGO Internetu!).

Takie rozumowanie wydaje się słuszne, jednak historia Internetu pokazuje jak bardzo jest zawodna. Podobnie do dzisiejszych chmur działał 3com Boba Metcalfe, wynalazcy Ethernetu. Produkując urządzenia do łączenia komputerów w sieci, 3com zlekceważył pracę nad połączeniami między sieciami.

W tą lukę weszło Cisco. Już w 1996 roku zaczęło sprzedawać więcej urządzeń do Ethernetu niż 3com. Dziś Cisco jest globalnym liderem sprzedającym wszelkiego rodzaju urządzenia sieciowe. 3com ma być w tym roku przejęte przez hp.

Kto pierwszy opracuje i wdroży standard wymiany informacji miedzy chmurami, w przyszłości będzie rządził nimi wszystkimi. Jak we Władcy Pierścieni:

One Ring to rule them all, One Ring to find them,One Ring to bring them all and in the darkness bind them.

Komentarze (1)
Polska improwizacja w Softonic Awards 2009 (TNW Polska)
 Oceń wpis
   

Po raz szósty z rzędu użytkownicy największego w Europie wortalu o oprogramowaniu wybrali najlepsze aplikacje. Softonic Awards 2009 były jednak wyjątkowe – wzięli w nich udział Polacy...

Dzięki uprzejmości The Next Web Polska cały artykuł możecie przeczytać tutaj.

Komentarze (0)
Blagi i blogi 2009
 Oceń wpis
   

Polskie blogi z amatorskich pamiętników miały stać się głosem obywateli. Zamiast tego, stały się targowiskiem przekupek. Przekupa, która najgłośniej krzyczy wyznacza standardy na bazarach. Tak samo dzieje się w blogosferze.

Przejdź do listy Top 5 polskich blogów 2009 roku według Wnet

Popularne blogi prezentują nam dziś rzadką pulpę zmieloną z wiadomości ukradzionych zagranicznym mediom oraz prostackich komentarzy.  Na próżno szukać w blogosferze wartościowych treści. To wyjątki ograniczone właściwie do branżowych nisz. Także w nich nie jest łatwo.

Czy wiecie, że są branżowe “blogi” tworzone od zera przez agencje reklamowe, które służą tylko do zapewniania “contentu” dopasowanego do reklam? Nie one są jednak najgorsze, w końcu piszący w nich ludzie otrzymują kilka złotych za każdy wpis, inni ludzie komentują i tez dostają za to jakieś grosze a marketerzy się cieszą. Najgorsze jest to, jakie mamy “autorytety” na blogowej scenie.

Gdzieś zniknęli ludzie, którzy mieli pojęcie o jakiejś dziedzinie życia i o niej pisali. Konkursowi na "blog roku" patronuje gazeta, której naczelny chciał, aby Internauci całowali go w dupę. Tymczasem w 2009 roku najważniejsze blogi prowadziło dwóch facetów w czapeczkach.

Pierwszy z nich (ostatnio pojawiający się bez czapeczki), Grzegorz Marczak prowadzący Antyweb nie jest najgorszy. Właściwie jest całkiem dobry w porównaniu z resztą blogów i serwisów o technologiach. Z podziwu godnym uporem zbiera i komentuje informacje z zagranicy, walcząc z trudną materią języka polskiego. Hazan przez lata dorobił się też dużej wiedzy o polskim rynku. 

Choć więc nie można liczyć na wnikliwe analizy, Antyweb nie zawodzi jeśli chodzi o wybór nowinek technologicznych z poprzedniej nocy. To ma swoją wartość. Równie dużą, jeśli nie większą wartość mają komentarze czytelników, które wytykają ewentualne błędy autora bloga. W rezultacie dostajemy całość, którą można polecić jako jedno z najlepszych źródeł informacji o nowinkach technologicznych w języku polskim. Jeśli w 2010 roku Grzegorz znajdzie sposób na poprawienie jakości publikowanych treści, ma szansę na stworzenie polskiego Mashable - konkurentów brak.

Dużo gorszy jest drugi facet w czapeczce. Kominek, to zjawisko które moim zdaniem zasługuje na tytuł hucpy 2009 roku. Niestety, ten “najpopularniejszy polski bloger” wyhodowany przez blox.pl jest właśnie taki, jak polski Internet.

Kim jest Kominek? Jeśli ktoś jeszcze nie wie, Kominek to facet w czapeczce piszący o swoich frustracjach seksualnych oraz problemach z trawieniem. Kominek stał się prawdziwą gwiazdą po widowiskowej walce z firmą produkująca budyń. Oprócz “najpopularniejszego bloga” (właściwie dwóch w jednym) ma też inny, mniej popularny serwis oraz najchętniej śledzone konto w serwisie Blip.pl. Różne wersje treści wydalanych przez Kominka docierają do 250 – 300 tysięcy użytkowników miesięcznie.

Najgorsze jest nie to o czym pisze Kominek. Blogi to świetne miejsce na ludzkie wydzieliny, erotykę czy skargi konsumenckie. Problemem nie jest też to, w jaki sposób Kominek pisze. W przeciwieństwie do Antyweb Kominek pisze bardzo dobrze, to autor o świetnym piórze.

W Kominku najgorsze jest kreowanie się na “eksperta od blogów”. Kominek uważa, że blog służy do zarabiania pieniędzy i obraża ludzi, którzy się z nim nie zgadzają. Właściwie to głównie stara się obrazić konkurentów do marketingowych budżetów, czyli “Galerianki Blogosfery”. Kominek twierdzi, że blog musi mieć dużą widownię i dużo kasować za reklamę (w tym wypadku dużo to 5 000 złotych). Gdyby zastosować się do rad Kominka, właściwie tylko Kominkowy blog nadawałby się do reklamowania.

Kominka z blogami łączy dziś jedynie układ graficzny strony. Kominkowe serwisy miotają się w przestrzeni między serwisem “prokonsumenckim”, serwisem z opowiadaniami erotycznymi, oraz forum dyskusyjnym dla dorosłych. W przeciwieństwie do normalnej relacji autora bloga z czytelnikami, Kominek nie jest ani “zaufanym znajomym”, ani też “znajomym ekspertem”. Jest raczej osobą wywołującą skrajne emocje. Na dodatek z silnym podtekstem erotycznym.

Nie wiem jak jest dzisiaj, ale sukces Kominka w blox.pl nie był budowany na ekspertyzie w zakresie produktów spożywczych czy life mentoringu. Wynikał z umiejętnego pozycjonowania strony na dość ekstremalne hasła związane z seksem (NSFW!), oraz erotyczne podteksty w komentarzach. Takie pozycjonowanie, kategoria "tylko dla dorosłych" na blox.pl, oraz rosnąca liczba komentarzy napędziły masę krytyczną użytkowników (wcale nie taka dużą jak na serwis erotyczny). Czy czyni to z niego superblogera - czy raczej administratora serwisu erotycznego z aspiracjami do mainstreamu?

Kominek z uporem próbuje  wywołać sequel budyniowej afery atakując kolejne marki - ostatnio Burger Kinga i ING. W końcu poprzednia dała mu rozgłos w mainstreamie. Gdyby się udało, może firmy płaciłyby Kominkowi nie za miejsce na reklamę, ale za brak wpisów na ich temat. Można by sprzedawać abonamenty dla każdej marki, zaś nieposłusznych biczować.

Wbrew pozorom, wpisy Kominka wcale nie musiały jednak szkodzić firmie produkującej budyń. Jej marka stała się przez chwilę znana bardziej niż inne. Kominek nie jest też żadnym autorytetem w dziedzinie smaku budyniu. Jego czytelnicy mogli iść do sklepu i kupić opisywany budyń – świadomie, żeby go sprawdzić, lub nieświadomie, bo był jedynym jaki im się z czymkolwiek kojarzył. Właściwie, to nie wiadomo, czy producent budyniu nie zapłaciłby za powtórzenie tej akcji.

Dość jednak marudzenia na Kominka, nikt go nie każe czytać. Lepiej zobaczcie, na jakie blogi warto było zaglądać w zeszłym roku. Jest ich naprawdę sporo!

Oto najlepsze polskie blogi 2009 roku według wnet:

1. Brutto – czyli Netto na Tumblerze – choć brak już rozbudowanych komentarzy, znajdziecie tu interesujące obserwacje. Nie wiem czy to jest blog, ale w moim Feedly jest na okładce.

2. Lege Artis – czasopismo internetowe stosujące prawo w praktyce. Olgierd Rudak z uporem maniaka uczy, bawi i wychowuje niekumate społeczeństwo. Na dodatek pisze przystępniej niż również polecany Vagla.

3. Zezowaty Zorro – jeśli interesuje Was gospodarka, ZeZorro jest świetny, polecam też jego ostatnią “książkę” – Szachrownica.

4. WO – Wojciech Orliński nie wie zbyt dużo o komputerach – w końcu korzysta z Maca.  Za to ciekawie komentuje prawicową blogosferę, polityczne aktualności. Na dodatek słucha dobrej muzyki.

5. Chakier – specyficzny, bardzo specyficzny humor dla geeków. Warto spróbować.

Polecam też blogi: Artura Kurasińskiego, Dominika Kaznowskiego, blog kultura 2.0, Maksa Cegielskiego, Tomasza Topę, Pawła Nowaka, Macieja Lipca, Konrada Ciesiołkiewicza, Annę Miotk

Wszystkim autorom blogów (także tym nie wymienionym) dziękuję i proszę o więcej.

Jakie były Twoje ulubione blogi 2009 roku? Podziel się z innymi!

Komentarze (16)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
Ankieta
Co stanie się z telewizorami?
Zostaną wyparte przez komputery PC
Przejmą funkcje komputerów PC
Razem z PC znikną z rynku
Będą się rozwijać niezależnie od komputerów
Nie mam zdania na ten temat
Mam inne zdanie (komentarz pod wpisem)
O mnie
Piotr Wrzosiński
Piotr Wrzosiński
Najnowsze wpisy
2011-10-03 10:41 W zeszłym tygodniu pod nowym adresem
2011-09-25 18:20 Minął kolejny tydzień
2011-09-19 11:07 Podsumowanie tygodnia
2011-09-12 13:37 Przedruk i przeprowadzka
2011-09-02 17:36 Wybierz swój e-book!
Najnowsze komentarze
2015-02-24 18:33
KamilDawid:
Minął kolejny tydzień
Mam nadzieje, że to nie będzie koniec bloga. Zapraszam
2014-10-08 04:36
Thank you:
Nie ukradliśmy tego HTC z Windows Mobile. Serio.
Thank you http://gamesfree4flash.blogspot.com/[...]
2014-10-08 04:34
Thank you:
Nie ukradliśmy tego HTC z Windows Mobile. Serio.
Thank you http://downloadgamesair.blogspot.com/[...]