Nieobecność usprawiedliwiona - czas na powrót
 Oceń wpis
   

Po kilku tygodniach milczenia wnet powraca - od razu na trzy sposoby.

Brak wpisów w ostatnich tygodniach był spowodowany przygotowaniami do uruchomienia naszego serwisu w polskiej wersji językowej. Teraz zaczęliśmy testy live - możecie już teraz czytać recenzje i za darmo pobierać wybrane przez nas programy prosto z Softonic.

Mam nadzieję, że polski Softonic spodoba się Wam na tyle, że uznacie nieobecność za usprawiedliwioną. Najbliższy miesiąc jest przeznaczony na poprawianie błędów. Bardzo proszę o ich złośliwe wytykanie. Oficjalna premiera dopieszczonego serwisu jest planowana na wrzesień 2009.

W Softonic znajdziecie pisane ludzkim językiem recenzje programów dla Windows, Mac oraz dla telefonów komórkowych. Wszystkie opisane programy testowaliśmy pod kątem przydatności dla "zwykłego użytkownika", jednak znajdują się tam też całkiem specjalistyczne aplikacje.

Pewnie jeszcze w tym tygodniu zobaczycie też moje wpisy w nowym serwisie Grzegorza Marczaka - TechAll.pl, nie wiem jak to wyjdzie, bo na razie czytam zupełnie co innego niż reszta jego redaktorów. Założenie TechAll to podawanie odnośników do interesujących wiadomości z zakresu IT wraz z krótkimi komentarzami.

Powraca też blog, taki sam jak wcześniej :) Do przeczytania!

Komentarze (0)
Czy bing to bingo? Nowa wyszukiwarka od Microsoft.
 Oceń wpis
   

Bing to nowa wyszukiwarka internetowa. Microsoft dziś udostępnił ją użytkownikom na całym świecie. W porównaniu z Live Search, Bing to rewolucja w wyglądzie, usability oraz w trafności wyników. A w porównaniu z Google? Też, ale tylko, jeśli korzystasz z języka angielskiego.

Niestety wersja bing przygotowana na polski rynek jest uboższa od amerykańskiej, a nawet hiszpańskiej.

polskie funkcjehiszpańskie funkcjebing usa

Jak widać Polsce Microsoft poskąpił wszystkich wyróżniających bing funkcji. Została nam tylko wyszukiwarka obrazów, bardzo udana, oraz odpowiednik Google zeitgeist, który działa słabo ze względu na małą liczbę użytkowników. Na dodatek jest globalny, więc według xRank Doda nie istnieje.

Wystarczy jednak wyzbyć się "narodowych uprzedzeń", a bing pokaże co potrafi. xRank będzie świetnym narzędziem np. dla fanów hip-hopu (pozdrowienia).

 

Bing w wersji US English jest genialny. Wygląda bardzo ładnie i oferuje wszystko, czego można chcieć od wyszukiwarki. Na dodatek do kolejnych wyszukiwań proponuje nowe, schowane usługi. Zobaczcie, co się stało, kiedy w wyszukiwarce video wpisałem hasło "Barcelona". Z Live Search przeniesiono tu funkcje odtwarzania filmów w miniaturkach po najechaniu na nie kursorem myszy. Jak zauważył Loic Le Meur, po wyłączeniu filtrów bezpiecznego wyszukiwania możesz więc zamienić bing w stronę z filmami porno.

Oprócz trafionych filmów mam też propozycję wyszukania biletów i hoteli, sprawdzenia pogody, przyjrzenia się mapie oraz poczytania o atrakcjach i najnowszych wydarzeniach dotyczących miasta. Google ze swoimi (głęboko schowanymi) przymiarkami do wyszukiwania semantycznego jest daleko za Microsoftem.

Naprawdę szkoda, że Bing w Polsce nie oferuje ani zakupów, ani wyszukiwania biletów i rezerwacji. Obie usługi wyglądają bardzo dobrze.

Na osłodę zostały nam obrazki. To oczywiście kwestia gustu, ale wydaje mi się, że Bing także tutaj wygrywa z Google. Prezentacja i filtrowanie wyników są znacznie lepsze w Bing. Różnica jest też w podejściu do "pokrewnych wyszukiwań". Google oferuje pokrewne wyszukiwania dla wprowadzonego zapytania. Microsoft pozwala szukać podobnych do wybranego zdjęć. Wydaje się, że to lepsze rozwiązanie.

Bing zbiera także opinie użytkowników na temat swoich wyników wyszukiwania, jednak rozwiązano to w skrajnie niewygodny sposób - nowe okno, formularz, wysyłanie nie wiadomo dokąd. Trudno to uznać za przewagę.

Nowa wyszukiwarka Microsoftu to świetne narzędzie. Jest ładna, wygodna w obsłudze i nareszcie przynosi dobre wyniki wyszukiwania.

Niestety jej polska wersja jest pozbawiona praktycznie wszystkich swoich zalet i nie zmieni tego 100 milionów dolarów, które mają być wydane na promocję nowej wyszukiwarki.

Jeśli wyszukujesz głównie polskie strony internetowe, Google wciąż będzie dla Ciebie lepszym rozwiązaniem. Jeśli zaś wolisz twittera od blipa, facebook od naszej-klasy, a Internet czytasz i tak głównie po angielsku, bing! Cię oczaruje. Tak jak mnie.

Komentarze (0)
Jak nie zostać Kataryną - anonimowość jest możliwa.
 Oceń wpis
   

Jedna ze znanych blogerek politycznych straciła swoją anonimowość. Choć prawdopodobnie nie będzie to dla niej tak straszne, jak się tego obawiała, warto zapewnić, że innym nie przytrafi się ta przykrość. Przeczytaj, jak ochronić swoją prywatność w Sieci. Żeby nie tylko byle menda z Dziennika, ale nawet psy gończe z CBA nie mogły Ci zamknąć ust

Czego potrzebujesz:
1. Sprzęt:

Pamięć flash o pojemności większej niż 8 GB, lub prywatny, należący do Ciebie komputer z dowolnym systemem operacyjnym. Możesz też używać komputera z którego korzystasz Ty i inni domownicy, jednak z natury rzeczy rodzi to niebezpieczeństwo, że ktoś zapyta Cię o dziwne pliki lub programy.

2. Oprogramowanie:

- maszyna wirtualna: VirtualBox
- obraz dysku instalacyjnego systemu operacyjnego Windows XP, Windows Vista, Windows 7 lub dowolnej dystrybucji Linux.
Dlaczego czasem lepiej wybrać Windows? W Windows prawdopodobnie czujesz się swobodniej niż na Linuksie. Co więcej połączenia z komputerów Windows giną w tłumie, Linux się wyróżnia w logach. Poniżej wymienione programy zapewnią Ci na Windowsach bezpieczeństwo takie samo jak na dobrze skonfigurowanej maszynie z "chakierskim" Linuksem.- zaawansowane szyfrowanie: TrueCrypt do szyfrowania danych na dysku, GPG4Win lub GnuPG do szyfrowania i podpisywania wiadomości przesyłanych przez e-mail.
- przeglądarka Firefox zintegrowana z programem TOR oraz dodatki do przeglądarki:

- dla Windows standardowy darmowy program antywirusowy, antispyware oraz zapora sieciowa oraz program PG2.

Jak to zrobić?

Przy pomocy programu True Crypt utwórz na swojej pamięci USB lub dysku komputera zaszyfrowaną partycję. W niej ukryj drugą zaszyfrowaną partycję w postaci pliku o losowej, nic nie mówiącej nazwie.
W partycji wyższego rzędu umieść coś, co można chcieć ukryć, ale nie jest to nielegalne ani związane z anonimową działalnością (np. dane konta bankowego, albo dostęp do do jednego z Twoich kont e-mail, jakieś dokumenty etc.)

Dlaczego mam tworzyć dodatkowa ukrytą partycję? W wypadku kompromitacji może pojawić się konieczność ujawnienia klucza do zaszyfrowanego urządzenia. Atakujący twoją prywatność prawdopodobnie zadowoli się złamaniem pierwszego zabezpieczenia, zaś ukrytej partycji nie będzie w stanie odczytać.W ukrytej partycji umieść program VirtualBox i stwórz w nim maszynę wirtualną z obrazu płyty instalacyjnej.
Po co mi maszyna wirtualna? Teraz masz ukryty, całkiem nowy wirtualny komputer ze świeżym systemem. Cokolwiek się nie stanie w trakcie jego działania, nie ma tam żadnych danych, które mogą Cię identyfikować. Nie stracisz żadnych danych w wypadku włamania do systemu.W nowym systemie uruchom systemową przeglądarkę i pobierz Firefoksa z Torem, zainstaluj w nim potrzebne dodatki, ktorych lista znajduje się wyżej. Firefox powinien być Twoją domyślną przeglądarką w tym systemie.

Jeśli Twój system wirtualny to Windows, zainstaluj też programy antywirusowy, antyspyware i zaporę sieciową, oraz program Peer Guardian 2, który automatycznie blokuje połączenia z IP instytucji rzadowych, edukacyjnych, zajmujących się ochroną praw autorskich itp. Musisz w jego konfiguracji zaznaczyć blokadę HTTP, aby uchronił cię przed przypadkowym otwieraniem takich witryn. W systemie Linux możesz skorzystać z aplikacji MoBlock.

Twój system jest gotowy do pracy. Od tej pory do swojej anonimowej działalności używasz tylko Firefoxa łączącego się przez TOR z ukrytej w szyfrowanej partycji maszyny wirtualnej. Oznacza to, że musisz uzbroić się w cierpliwość - TOR bardzo spowalnia połączenia, ale nie daje szans na wykrycie skąd się łączysz z Internetem. Zdarza się też, że Google wymaga wpełnienia pola captcha sprawdzając, czy nie jesteś botem.

Załóż konto e-mail u dużego dostawcy. Bardzo popularny Gmail to dobry wybór - Google nie boi się nacisków rządów a wśród milionów użytkowników łatwo się zgubić. Żeby poczta była bezpieczna, możesz chciec czasem szyfrować swoje wiadomości. W systemie Windows potrzebujesz więc aplikacji GPG4Win, w Linuksie pewnie znajdziesz GnuPG. Jeśli chcesz korzystać z interfejsu www do firefoxa doinstaluj wtyczkę FireGPG, jeśli wolisz program pocztowy użyj Thunderbirda i dodatku Enigmail.

Pamiętaj, że nazwa użytkownika powinna być losowa, najlepiej otwórz jakąś książkę i wybierz losowe słowo na swój pseudonim. Załóż swojego bloga, na dużej platformie - blogger.com lub wordpress.com będą dużo bardziej odporne na wdzięki polskich ministrów sprawiedliwości niż Igor Janke, który sam nawoływał do odkrycia tożsamości słynnego Ketmana - Matki-Kurki

Napisz pierwszych kilka wpisów i zacznij swoim anonimowym bohaterem komentować wpisy na forach dyskusyjnych oraz znanych blogach. Cytuj i chętniej linkuj innych. Jeśli masz coś do powiedzenia, na pewno Cię zauważą.

Aby Twoje anonimowe wpisy nigdy nie zostały powiązane z Tobą, musisz stworzyć nową postać - internetową personę bez historii. Nowa persona nie powinna znać Ciebie ani Twoich wcześniejszych i obecnych wpisów. Musisz wystrzegać się: jakichkolwiek odwołań do własnej biografii, odnośników do swoich własnych tekstów, emocjonalnych dyskusji, w których łatwo napisać o słowo za dużo.

Niestety nikt nie jest w stanie zagwarantować pełnego bezpieczeństwa jakiejkolwiek informacji. Narzędzia opisane powyżej są oparte na otwartych i znanych metodach. Jawność jest zwykle najlepszą metodą zabezpieczenia. Także przed szantażem, takim jak ten przed którym stanęła Kataryna.

Poza tym, chciałbym spytać, jawnie lub anonimowo, myślicie, że Dziennikowi ktokolwiek powierzy jakąś tajemnicę? Moim zdaniem Cezary Michalski popełnił zawodowe samobójstwo.

Komentarze (18)
Dziennikarstwo internetowe. Czy news = paper?
 Oceń wpis
   

Czy istnieje dziennikarstwo internetowe? Takie pytanie stawia na swoim blogu nie-dziennikarz Dominik Kaznowski. W odpowiedzi otrzymuje długie, zupełnie nie internetowe odpowiedzi od przedstawicieli gatunku. Dziennikarze internetowi...

Lepiej żeby nie istniało

Można więc pomyśleć: jeśli dziennikarstwo to sztuka dobrego pisania, to w Polsce ono nie istnieje. Jeśli mimo wszystko bezwstydnie istnieje, to lepiej, żeby przestało. Ze względu na samopoczucie czytelników.

Sprawa nie jest jednak taka prosta. Przede wszystkim, Kaznowski popełnia na samym początku swojego wpisu błędne założenie. Pisze Dominik:

"Większość materiałów pojawiających się w necie, to przeklejki informacji prasowych, agencyjnych itp. Tu i tam pojawiają się inne formy – np. wywiady, publicystyki niemal nie ma – tą rolę przejęły blogi. Od czasu do czasu ktoś zrobi jakiś materiał wideo."

Co naprawdę jest w Internecie?

Niestety nie podaje na poparcie swojej tezy żadnych dowodów. Tymczasem można postawić dolary przeciw orzechom, że informacje prasowe stanowią ułamek treści dostępnych online. Internet to nie jest serwis gazeta.pl. Internet to spam i porno. To także długi ogon pełen wpisów zwykłych ludzi, firm, instytucji naukowych, rządowych i pozarządowych - społeczności. Media informacyjne to margines producentów treści.

Także dla odbiorców Internet to handel, seks i rozrywka często razem. Szukamy w sieci zakupów, rozrywki, społeczności a dopiero na końcu informacji. Pierwsza firma medialna w TOP 100 Global Websites to BBC, której News Ticker jest na 46. miejscu. CNN jest 54.

Bloger ma jedną nóżkę bardziej

Na dodatek z dziwną dezynwolturą Dominik wypisuje z dziennikarstwa internetowego jego sól, czyli blogerów. Właściwie nie wiadomo dlaczego, skoro wielu blogerów pisze za pieniądze (od redakcji albo z reklam zdobytych na własny rachunek). Jedyne co różni ich od dziennikarzy pracujących w redakcjach zapełniających inne niż internet media, to sytuacja prawna (patrz zabawna sprawa Kataryny). Ta jednak różni także dziennikarzy gazet, w zależności od terytorium na którym pracują.

Czym więc różni się samotny bloger od twórcy jednej z małych amerykańskich gazet opisywanych przez Marka Twaina? Czym różni się bloger syndykatu, lub redaktor portalu od dziennikarza w radiu, dzienniku lub agencji prasowej?

Kto ma lepszy warsztat?

Cęsto słyszy się, że różni ich dostęp do narzędzi, zasobów finansowych, czasem warsztat. Ale takie same różnice są między dziennikarzami różnych gazet czy różnych telewizji.

Tak naprawdę wszystko to zależy od dwóch osób - właściciela (wydawcy), oraz redaktora naczelnego. Która z polskich papierowych gazet ma swój "style guide" albo chociaż glosariusz? Gazeta Wyborcza nie miała, kiedy o to pytałem. Tymczasem wiele redakcji internetowych (w tym nasz Softonic) stosuje te narzędzia i standaryzuje swoją pracę, co daje im jakość nieporównywalną z większością polskich mediów tradycyjnych. Ciosem poniżej pasa będzie pytanie: czy Superstacja TV albo Gazeta Polska mogą równać się warsztatem z elektroniczną wersją Guardiana?

Co naprawdę różni dziennikarzy nowych mediów od uboższych w środki wyrazy kolegów, to wszechstronne przygotowanie. Oprócz standardowych form dziennikarskich i tworzenia treści multimedialnych (co przekracza możliwości większości starych wyjadaczy), dziennikarz internetowy musi komunikować się z czytelnikami.

Chłopcy do bicia

Skąd zatem biorą się pytania o istnienie i etos dziennikarstwa internetowego? Jest kilka powodów, dla których dziennikarz internetowy staje się chłopcem do bicia.

Po pierwsze, dziennikarze internetowi są samotni.

Money.pl pod władzą Tomka Bonka jest wyjątkiem, co zresztą nie zawsze doceniają edytorzy mający kontakt z innymi mediami. Dziennikarz potrzebuje redakcji, zwłaszcza jeśli o tym nie wie.

Tymczasem standardem w polskich portalach jest samodzielna publikacja tekstu w CMS. W rezultacie online ukazują się teksty z błędami stylistycznymi, interpunkcyjnymi, ortograficznymi. Tego się nie da uniknąć - tekst musi być uważnie przeczytany przez inną osobę, żeby je wychwycić. Nie da się zmusić autora do pełnej koncentracji przy lekturze własnego tekstu.

Po drugie, istnieje presja czasu.

Ktoś kiedyś powiedział, że data publikacji decyduje o miejscu w Google i wszyscy mu uwierzyli. To prawda jedynie w wypadku duplikowania treści. W wypadku dziennikarstwa bez syndromu Kopiuj i Wklej, o pozycji w wyszukiwarce decyduje kompozycja treści oraz odnośniki. Niestety redaktorzy zamiast czytać teksty dziennikarzy internetowych każą im wciskać przycisk "Wyślij" w ciągu kilku minut od otrzymania depeszy (wbitej przez depeszowca w równie szalonym tempie). W efekcie wszystkie portale mają ta samą depeszę w mniej więcej tym samym czasie. Za to z różnymi literówkami.

Po trzecie, Internet świetnie się mierzy.

Dziennikarze internetowi mają zyskiwać klikalność. Klikalność zyskuje się chwytliwym tematem, a właściwie tytułem. Stąd tytuły są niezwiązane z treścią tekstów, a teksty chwytają zwykle za dolną część ciała Maryni, interesującą dla najmniejszego wspólnego mianownika społeczeństwa. Na dodatek teksty muszą się mieścić w 500 słowach, które "zwykły użytkownik" jest w stanie przeczytać nie klikając w coś innego.

Dziennikarze są. A media?

Dziennikarze internetowi zwykle nie mają wpływu na powyższe przyczyny marnej jakości swojej pracy. O tym decydują ich wydawcy i redaktorzy. Problemem nie jest więc czy w Polsce istnieje dziennikarstwo internetowe. Trzeba spytać czy istnieją media internetowe.

W tej chwili mediami internetowymi w Polsce rządzą dwie stereotypowe postaci. To marketerzy liczący słupki statystyk oraz starzy dziennikarze przyzwyczajeni do poprawiania błędów na szczotkach drukarskich. Marketerzy traktują "interwebs" jako szansę, redakcyjne wygi jako zesłanie.

Oni nigdy nie pozwolą dobrze pracować dziennikarzom internetowym. Marketerzy nie potrafią ze swojej perspektywy dostrzec relacji osobistej między czytelnikiem a dziennikarzami, która stanowiła o sukcesie prasy i wielkich osobowości radia i telewizji. Starzy dziennikarze są zafascynowani prędkością publikacji i możliwością poprawek, a czytelników w Sieci mają za niższy gatunek, który nie kupuje gazet. Cud zdarzy się, kiedy ktoś wyjaśni starym redaktorom o co chodzi w tym nowym medium. Wtedy powstanie świetna treść, którą marketer będzie mógł drogo sprzedawać.

Widzieliście już Times Reader i Times Wire?

Komentarze (3)
Darmowe wizytówki od Google - inwestycja stulecia?
 Oceń wpis
   

Google zdominowało już wyszukiwanie i reklamę w Internecie. Teraz chce zdominować nasze relacje społeczne. W zamian daje 25 papierowych wizytówek.

Zamiast jednak kopać się z istniejącymi serwisami takimi jak facebook czy nasza-klasa, zamienia nasz login z konta Google w najważniejszy (a docelowo jedyny?) identyfikator. Na dodatek wyszukiwarki ludzi takie jak Szuku.pl stają się zbędne - wystarczy Google.

Usługa Google Profile to stosunkowo świeży, ale bardzo mocno promowany pomysł na przejęcie "społecznościowej" warstwy internetu. choć profile Google stworzyły nam już jakiś rok temu (w grudniu 2007 roku),  to ich prawdziwe przeznaczenie stało się jasne dopiero w kwietniu 2009.

Najpierw Google ogłosił, ze nasz profil pojawi się w wynikach wyszukiwania. Następnie umożliwiono zmianę adresu profilu na "przyjazny" czyli identyczny z loginem poczty GMail (np.: http://www.google.com/profiles/pwrzosin). Wcześniej używano bowiem identyfikatora z usługi Picasa Web Albums, niemożliwego do zapamiętania dla większości śmiertelników. Dzisiaj Google zaskoczył nową promocją swoich profili. Użytkownicy z USA mogą zamówić sobie drukowane wizytówki z profilem Google. Wygląda to tak:

Konto Google już dziś dzięki implementacji podobnej do OpenID metody logowania umożliwia dostęp do wielu aplikacji. Używając jednego loginu w wielu aplikacjach w końcu potrzebujemy jednego miejsca, gdzie zbiorą się wszystkie nasze aktywności. W Polsce coś takiego proponuje niezbyt udany flaker, jednak w światowym internecie o bycie takim centrum aktywności walczą giganci.

Microsoft w nowej odsłonie Windows Live proponuje łączenie aktywności z 23 serwisów, w tym tych największych: facebook, twitter, flickr, last.fm i oczywiście Windows Live Messenger. FriendFeed, do którego można logować się kontem Google, łączy strumienie informacji z 57 aplikacji oraz dowolnie definiowanych kanałów RSS.

Wszystko to pięknie działa, ale w rezultacie śledząc mnie w takiej platformie otrzymasz albo duplikaty informacji (np. to udostępniam w Google Reader jest wysyłane na twitterze i republikowane na polskim Blip.pl, podobnie stanie się z informacją o publikacji posta na Wnet). Jeśli z kolei nie ustawiłbym automatycznego powielania, to informacja wysłana na jedną z platform nie dotarłaby do osób korzystających z innych serwisów.

Google Profile może być rozwiązaniem tego problemu -jesli się uda, to za kilka miesięcy będzie można zdecydować: chcę śledzić informacje z profilu XYZ. A Google elegancko prześle nam informacje z wszystkich zdefiniowanych w profilu (lub wyszukanych przez boty) serwisów, na których udziela się XYZ. Nie możesz zrobić drugiego twittera? Spraw, żeby jego użytkownicy czytali go na Twoich stronach - ta strategia może się powieść.

Puentą tego wpisu jest jednak przebiegłość biznesowa Google. Amerykańska firma iPrint wydrukuje i dostarczy do 100 tysięcy osób pakiety 25 wizytówek. Według cennika taka usługa to koszt około 200 tysięcy USD. Prawdopodobnie Google dostanie te wizytówki w barterze (czyli w zamian za reklamę). Nawet jeśli zapłaci pełną kwotę - to naprawdę bardzo niewiele za przejęcie ruchu z największych serwisów społecznościowych. Na pewno mniej niż płacą ostatnio polskie portale za fikcyjne cesje domen szemranych serwisów.

Komentarze (8)
5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
Ankieta
Co stanie się z telewizorami?
Zostaną wyparte przez komputery PC
Przejmą funkcje komputerów PC
Razem z PC znikną z rynku
Będą się rozwijać niezależnie od komputerów
Nie mam zdania na ten temat
Mam inne zdanie (komentarz pod wpisem)
O mnie
Piotr Wrzosiński
Piotr Wrzosiński
Najnowsze wpisy
2011-10-03 10:41 W zeszłym tygodniu pod nowym adresem
2011-09-25 18:20 Minął kolejny tydzień
2011-09-19 11:07 Podsumowanie tygodnia
2011-09-12 13:37 Przedruk i przeprowadzka
2011-09-02 17:36 Wybierz swój e-book!
Najnowsze komentarze
2015-02-24 18:33
KamilDawid:
Minął kolejny tydzień
Mam nadzieje, że to nie będzie koniec bloga. Zapraszam
2014-10-08 04:36
Thank you:
Nie ukradliśmy tego HTC z Windows Mobile. Serio.
Thank you http://gamesfree4flash.blogspot.com/[...]
2014-10-08 04:34
Thank you:
Nie ukradliśmy tego HTC z Windows Mobile. Serio.
Thank you http://downloadgamesair.blogspot.com/[...]