Ojciec Internetu: Chmury, łączcie się!
 Oceń wpis
   

Chmury potrzebują wspólnego standardu. Tak twierdzi Vint Cerf, współtwórca protokołu TCP/IP uznawany za ojca Internetu. Z punktu widzenia użytkownika trudno odmówić mu racji. Czy właściciele chmur zgodzą się uwolnić nasze dane?

IBM Cloud ComputingRys. Cloud Computing, Ivan Walsh via Flickr

Cloud computing – nasze dane przechowywane gdzieś na odległych serwerach. Trzymamy tam pocztę e-mail, zdjęcia, dokumenty. Chmury pozwalają nam cieszyć się nieograniczoną powierzchnią dyskową i mocą setek procesorów. To świetne rozwiązanie, dopóki pozostajemy w obrębie chmury jednego dostawcy.

w:Vint Cerf at an w:ICANN meeting, Lisboa 2007

Fot: Vint Cerf, Źródło Wikipedia

 Vint Cerf na sesji Churchill Club postawił jednak pytanie: Co jeśli chcesz przenieść swoje dane z jednej chmury do drugiej? Co zrobić, aby połączyć możliwości rozwiązań od kilku dostawców?

No właśnie. Jak przenieść zdjęcia z flickr do Picasa? Większość z nas może oczywiście użyć programu takiego jak migratr, lub po prostu pobrać wszystkie zdjęcia i wgrać je do innego serwisu. To jednak skomplikowane, czasochłonne a często niemożliwe ze względu na ilość danych przedsięwzięcie.

Chmury powinny więc mieć wspólny standard wymiany informacji. Tak, aby dokument Word przechowywany na Microsoft SkyDrive można było otworzyć w Google Docs. Tak, aby zdjęcie z Picasy dało się pokazać grupie użytkowników na flickr.

Problem w tym, że właściciele chmur wcale nie chcą nam na to pozwolić. Microsoft woli opracować Office Online niż pozwolić nam wysyłać dokumenty wprost na Google Docs. Użytkownik jest cenny i lepiej nie wypuszczać go z rąk. Trochę jak strona z ostrzeżeniem na facebooku (przechodzisz do ZŁEGO Internetu!).

Takie rozumowanie wydaje się słuszne, jednak historia Internetu pokazuje jak bardzo jest zawodna. Podobnie do dzisiejszych chmur działał 3com Boba Metcalfe, wynalazcy Ethernetu. Produkując urządzenia do łączenia komputerów w sieci, 3com zlekceważył pracę nad połączeniami między sieciami.

W tą lukę weszło Cisco. Już w 1996 roku zaczęło sprzedawać więcej urządzeń do Ethernetu niż 3com. Dziś Cisco jest globalnym liderem sprzedającym wszelkiego rodzaju urządzenia sieciowe. 3com ma być w tym roku przejęte przez hp.

Kto pierwszy opracuje i wdroży standard wymiany informacji miedzy chmurami, w przyszłości będzie rządził nimi wszystkimi. Jak we Władcy Pierścieni:

One Ring to rule them all, One Ring to find them,One Ring to bring them all and in the darkness bind them.

Komentarze (1)
Polska improwizacja w Softonic Awards 2009 (TNW Polska)
 Oceń wpis
   

Po raz szósty z rzędu użytkownicy największego w Europie wortalu o oprogramowaniu wybrali najlepsze aplikacje. Softonic Awards 2009 były jednak wyjątkowe – wzięli w nich udział Polacy...

Dzięki uprzejmości The Next Web Polska cały artykuł możecie przeczytać tutaj.

Komentarze (0)
Blagi i blogi 2009
 Oceń wpis
   

Polskie blogi z amatorskich pamiętników miały stać się głosem obywateli. Zamiast tego, stały się targowiskiem przekupek. Przekupa, która najgłośniej krzyczy wyznacza standardy na bazarach. Tak samo dzieje się w blogosferze.

Przejdź do listy Top 5 polskich blogów 2009 roku według Wnet

Popularne blogi prezentują nam dziś rzadką pulpę zmieloną z wiadomości ukradzionych zagranicznym mediom oraz prostackich komentarzy.  Na próżno szukać w blogosferze wartościowych treści. To wyjątki ograniczone właściwie do branżowych nisz. Także w nich nie jest łatwo.

Czy wiecie, że są branżowe “blogi” tworzone od zera przez agencje reklamowe, które służą tylko do zapewniania “contentu” dopasowanego do reklam? Nie one są jednak najgorsze, w końcu piszący w nich ludzie otrzymują kilka złotych za każdy wpis, inni ludzie komentują i tez dostają za to jakieś grosze a marketerzy się cieszą. Najgorsze jest to, jakie mamy “autorytety” na blogowej scenie.

Gdzieś zniknęli ludzie, którzy mieli pojęcie o jakiejś dziedzinie życia i o niej pisali. Konkursowi na "blog roku" patronuje gazeta, której naczelny chciał, aby Internauci całowali go w dupę. Tymczasem w 2009 roku najważniejsze blogi prowadziło dwóch facetów w czapeczkach.

Pierwszy z nich (ostatnio pojawiający się bez czapeczki), Grzegorz Marczak prowadzący Antyweb nie jest najgorszy. Właściwie jest całkiem dobry w porównaniu z resztą blogów i serwisów o technologiach. Z podziwu godnym uporem zbiera i komentuje informacje z zagranicy, walcząc z trudną materią języka polskiego. Hazan przez lata dorobił się też dużej wiedzy o polskim rynku. 

Choć więc nie można liczyć na wnikliwe analizy, Antyweb nie zawodzi jeśli chodzi o wybór nowinek technologicznych z poprzedniej nocy. To ma swoją wartość. Równie dużą, jeśli nie większą wartość mają komentarze czytelników, które wytykają ewentualne błędy autora bloga. W rezultacie dostajemy całość, którą można polecić jako jedno z najlepszych źródeł informacji o nowinkach technologicznych w języku polskim. Jeśli w 2010 roku Grzegorz znajdzie sposób na poprawienie jakości publikowanych treści, ma szansę na stworzenie polskiego Mashable - konkurentów brak.

Dużo gorszy jest drugi facet w czapeczce. Kominek, to zjawisko które moim zdaniem zasługuje na tytuł hucpy 2009 roku. Niestety, ten “najpopularniejszy polski bloger” wyhodowany przez blox.pl jest właśnie taki, jak polski Internet.

Kim jest Kominek? Jeśli ktoś jeszcze nie wie, Kominek to facet w czapeczce piszący o swoich frustracjach seksualnych oraz problemach z trawieniem. Kominek stał się prawdziwą gwiazdą po widowiskowej walce z firmą produkująca budyń. Oprócz “najpopularniejszego bloga” (właściwie dwóch w jednym) ma też inny, mniej popularny serwis oraz najchętniej śledzone konto w serwisie Blip.pl. Różne wersje treści wydalanych przez Kominka docierają do 250 – 300 tysięcy użytkowników miesięcznie.

Najgorsze jest nie to o czym pisze Kominek. Blogi to świetne miejsce na ludzkie wydzieliny, erotykę czy skargi konsumenckie. Problemem nie jest też to, w jaki sposób Kominek pisze. W przeciwieństwie do Antyweb Kominek pisze bardzo dobrze, to autor o świetnym piórze.

W Kominku najgorsze jest kreowanie się na “eksperta od blogów”. Kominek uważa, że blog służy do zarabiania pieniędzy i obraża ludzi, którzy się z nim nie zgadzają. Właściwie to głównie stara się obrazić konkurentów do marketingowych budżetów, czyli “Galerianki Blogosfery”. Kominek twierdzi, że blog musi mieć dużą widownię i dużo kasować za reklamę (w tym wypadku dużo to 5 000 złotych). Gdyby zastosować się do rad Kominka, właściwie tylko Kominkowy blog nadawałby się do reklamowania.

Kominka z blogami łączy dziś jedynie układ graficzny strony. Kominkowe serwisy miotają się w przestrzeni między serwisem “prokonsumenckim”, serwisem z opowiadaniami erotycznymi, oraz forum dyskusyjnym dla dorosłych. W przeciwieństwie do normalnej relacji autora bloga z czytelnikami, Kominek nie jest ani “zaufanym znajomym”, ani też “znajomym ekspertem”. Jest raczej osobą wywołującą skrajne emocje. Na dodatek z silnym podtekstem erotycznym.

Nie wiem jak jest dzisiaj, ale sukces Kominka w blox.pl nie był budowany na ekspertyzie w zakresie produktów spożywczych czy life mentoringu. Wynikał z umiejętnego pozycjonowania strony na dość ekstremalne hasła związane z seksem (NSFW!), oraz erotyczne podteksty w komentarzach. Takie pozycjonowanie, kategoria "tylko dla dorosłych" na blox.pl, oraz rosnąca liczba komentarzy napędziły masę krytyczną użytkowników (wcale nie taka dużą jak na serwis erotyczny). Czy czyni to z niego superblogera - czy raczej administratora serwisu erotycznego z aspiracjami do mainstreamu?

Kominek z uporem próbuje  wywołać sequel budyniowej afery atakując kolejne marki - ostatnio Burger Kinga i ING. W końcu poprzednia dała mu rozgłos w mainstreamie. Gdyby się udało, może firmy płaciłyby Kominkowi nie za miejsce na reklamę, ale za brak wpisów na ich temat. Można by sprzedawać abonamenty dla każdej marki, zaś nieposłusznych biczować.

Wbrew pozorom, wpisy Kominka wcale nie musiały jednak szkodzić firmie produkującej budyń. Jej marka stała się przez chwilę znana bardziej niż inne. Kominek nie jest też żadnym autorytetem w dziedzinie smaku budyniu. Jego czytelnicy mogli iść do sklepu i kupić opisywany budyń – świadomie, żeby go sprawdzić, lub nieświadomie, bo był jedynym jaki im się z czymkolwiek kojarzył. Właściwie, to nie wiadomo, czy producent budyniu nie zapłaciłby za powtórzenie tej akcji.

Dość jednak marudzenia na Kominka, nikt go nie każe czytać. Lepiej zobaczcie, na jakie blogi warto było zaglądać w zeszłym roku. Jest ich naprawdę sporo!

Oto najlepsze polskie blogi 2009 roku według wnet:

1. Brutto – czyli Netto na Tumblerze – choć brak już rozbudowanych komentarzy, znajdziecie tu interesujące obserwacje. Nie wiem czy to jest blog, ale w moim Feedly jest na okładce.

2. Lege Artis – czasopismo internetowe stosujące prawo w praktyce. Olgierd Rudak z uporem maniaka uczy, bawi i wychowuje niekumate społeczeństwo. Na dodatek pisze przystępniej niż również polecany Vagla.

3. Zezowaty Zorro – jeśli interesuje Was gospodarka, ZeZorro jest świetny, polecam też jego ostatnią “książkę” – Szachrownica.

4. WO – Wojciech Orliński nie wie zbyt dużo o komputerach – w końcu korzysta z Maca.  Za to ciekawie komentuje prawicową blogosferę, polityczne aktualności. Na dodatek słucha dobrej muzyki.

5. Chakier – specyficzny, bardzo specyficzny humor dla geeków. Warto spróbować.

Polecam też blogi: Artura Kurasińskiego, Dominika Kaznowskiego, blog kultura 2.0, Maksa Cegielskiego, Tomasza Topę, Pawła Nowaka, Macieja Lipca, Konrada Ciesiołkiewicza, Annę Miotk

Wszystkim autorom blogów (także tym nie wymienionym) dziękuję i proszę o więcej.

Jakie były Twoje ulubione blogi 2009 roku? Podziel się z innymi!

Komentarze (16)
Znak pokoju i walka z klawiaturą
 Oceń wpis
   

Pisanie wiadomości tekstowych na telefonie komórkowym to udręka. SMS jest prawdopodobnie najdroższą, najbardziej skomplikowaną i zabierającą najwięcej czasu metodą przesyłania informacji. Jak projektanci urządzeń mobilnych rozwiązują ten problem?

 

[UWAGA: tekst jest długi, ale na dole są odnośniki do fajnych aplikacji i video z testu jednej z nich. Przewiń lub kliknij tutaj jeśli nie lubisz czytać.]

To niesamowite, że mimo kłopotów z wprowadzaniem tekstu, SMS pozostaje popularny nie tylko wśród szczęśliwych użytkowników krótkich alfabetów. Wiadomości tekstowe są z uporem wklepywane w telefony także w Chinach, Japonii, Azji Południowo-Wschodniej.

Podstawowa w świecie telefonów komórkowych technika wpisywania tekstu nazywa się “multi-tapping”. Polacy mają z nią stosunkowo łatwe zadanie.

Alfabet łaciński ma 26 podstawowych liter. Na 12 klawiszach telefonu można rozmieścić je wszystkie. Każdy klawisz ma przypisane kilka znaków (np. 2,A,B,C) wywoływanych kolejnymi naciśnięciami klawisza. Szereg rzadziej używanych znaków można dodać na końcu kolejki. Oprogramowanie przewidujące na podstawie słownika co chcemy napisać w większości wypadków potrafi poprawić ewentualne pomyłki.

Niestety nie wszyscy mają tak dobrze. Chińskie dialekty mogą używać nawet 22 000 znaków. Pisząc SMS po chińsku często używa się więc Pinyin. Pinyin to sposób transliteracji chińskich znaków na alfabet łaciński. Pisząc wiadomość używa się więc łacińskiego alfabetu odwzorowując wymowę znaku. Następnie oprogramowanie przedstawia listę chińskich znaków, odpowiadających danemu zestawowi łacińskich liter. Metoda ta pozwala na pisanie wiadomości w chińskim uproszczonym, stosowanym w Chinach kontynentalnych.

Innym sposobem, który pozwala na korzystanie także z chińskiego tradycyjnego jest odwzorowywanie “rysunku” znaku. Pięć klawiszy odpowiada pięciu kierunkom kreski. Oprogramowanie na podstawie pierwszych kilku “pociągnięć pędzla” odgaduje znak, który często odpowiada za całe słowo lub zdanie. Ta metoda jest nieco szybsza niż Pinyin i bardziej uniwersalna – używa się jej na kontynencie, na Tajwanie oraz w Hong-Kongu.

chinese_virtual_strokes

Fot: Chińska klawiatura na ekranie iPhone (strokes).

Jeszcze ciekawiej jest w Japonii. Tu w zależności od sytuacji trzeba używać różnych alfabetów. Do wysyłania wiadomości SMS najlepiej nadaje się kana. Alfabet ten ma tylko 46 znaków, więc można go rozmieścić na klawiaturze podobnie jak alfabet łaciński. Jeśli napiszesz coś w kana, możesz przejść do bardziej rozbudowanego systemu zapisu kanji. Kanji ma 7000 znaków odpowiadających za słowa lub morfemy. Oprogramowanie pozwala kliknąć na słowo zapisane w kana i wybrać z listy odpowiedni znaczeniowo symbol kana.

japanese_keypad

Fot: Japońska klawiatura zmieniająca orientację poziom/pion. (CC) James Nash

Co można z tym zrobić? Po pierwsze można opracować różne klawiatury dla różnych rynków. Ideału się nie osiągnie, ale jak widać na przykładzie klawiatur komputerowych, to działa. W komórkach też.

Piotr Tymochowicz przypomniał mi o innym, mniej popularnym rozwiązaniu. To “języki” logograficzne. Najbardziej znanym w Polsce jest chyba Zlango, kiedyś bezskutecznie promowane przez operatora Play. Języki te miały ułatwiać pisanie wiadomości zastępując wpisywanie liter/znaków alfabetu Zlangowybieraniem ikon. Ikony odpowiadają podstawowym, najczęściej używanym wyrazom. Do Zlango dostępna jest aplikacja Java, która pozwala tworzyć i odbierać wiadomości SMS zapisane w tym języku, zwane ZMS. Zlango ma obecnie 300 znaków i niewiele sukcesów.

Problem na rynkach azjatyckich został częściowo rozwiązany przez ekrany dotykowe. Nie bez powodu tajwańskie HTC koncentruje się właśnie na takich modelach. Chińskie znaki można łatwo wprowadzać używając rysika (a w ostateczności palca). W Europie coraz więcej modeli ma z kolei wirtualne lub fizyczne klawiatury QWERTY. Pisanie na nich nie jest może szczytem wygody, jednak w porównaniu z multitappingiem jest znacznym postępem.

Na dodatek, mimo spektakularnych problemów SpinVox, coraz lepiej działa rozpoznawanie głosu. Rewelacyjne aplikacje takie jak Vlingo, czy rozpoznawanie głosu przez mobilne aplikacje wyszukiwarek Yahoo! i Google zaskakują swoimi możliwościami. Jeśli mówisz w jednym z popularnych języków, już dziś możesz po protu mówić swoje wiadomości SMS lub e-mail.

 
Vlingo na N97: thenokiablog.com

Aplikacje do rozpoznawania mowy dostępne dziś na rynku mają bardzo wysoką niezawodność i są używane m.in. w samolotach bojowych, transkrypcji medycznej i wielu innych zastosowaniach. Dzięki zwiększeniu mocy procesorów w urządzeniach mobilnych, nowe telefony komórkowe mogą również korzystac z jej zalet.

Wypróbuj rozpoznawanie mowy w swoim telefonie, używając aplikacji wymienionych poniżej.

Vlingo dla iPhone, Symbian S60, Blackberry i Windows Mobile pozwala na błyskawiczne wysyłanie wiadomości SMS i e-mail, wyszukiwanie informacji, aktualizację statusów w serwisach społecznościowych oraz uruchamianie innych aplikacji.

Nuance Voice Control, rozwiązanie producenta pakietu Dragon Naturally Speaking, pozwala na tworzenie aplikacji na telefony komórkowe. Zobacz Dragon Mobile na iPhone.

Microsoft Voice Command to zaawansowana aplikacja pozwalająca na zarządzanie urzędzeniami Windows Mobile/Windows Phone przy pomocy głosu.

ViTO Technology ma szereg aplikacji pozwalających na sterowanie głosem urządzeniami iPhone, Windows Mobile a nawet PocketPC

Speereo ma kilka świetnych aplikacji rozpoznających głos. Najbardziej znany jest Speereo Voice Translator, dostępny na platformy Java, Windows Mobile oraz Symbian.

 

Komentarze (0)
Ankieta
Co stanie się z telewizorami?
Zostaną wyparte przez komputery PC
Przejmą funkcje komputerów PC
Razem z PC znikną z rynku
Będą się rozwijać niezależnie od komputerów
Nie mam zdania na ten temat
Mam inne zdanie (komentarz pod wpisem)
O mnie
Piotr Wrzosiński
Piotr Wrzosiński
Najnowsze wpisy
2011-10-03 10:41 W zeszłym tygodniu pod nowym adresem
2011-09-25 18:20 Minął kolejny tydzień
2011-09-19 11:07 Podsumowanie tygodnia
2011-09-12 13:37 Przedruk i przeprowadzka
2011-09-02 17:36 Wybierz swój e-book!
Najnowsze komentarze
2015-02-24 18:33
KamilDawid:
Minął kolejny tydzień
Mam nadzieje, że to nie będzie koniec bloga. Zapraszam
2014-10-08 04:36
Thank you:
Nie ukradliśmy tego HTC z Windows Mobile. Serio.
Thank you http://gamesfree4flash.blogspot.com/[...]
2014-10-08 04:34
Thank you:
Nie ukradliśmy tego HTC z Windows Mobile. Serio.
Thank you http://downloadgamesair.blogspot.com/[...]